Proza






... abyś długo żył i dobrze ci się powodziło"1997"


Wpisani w czasie "1998" Wydawnictwo Miniatura






Autor, prócz uprawianych różnych form wierszy, pisze poetycką prozę, reportaże, eseje, mini opowiadania, recenzje i wstępy do tomików poetyckich wielu poetów.





W oku ocienionym rzęsą


Ciszą jeszcze nasiąkało powietrze, a barwy miłości i tęsknot pachniały wciąż życiem. Wstawał dzień, wstawał beztroski. Mgła opierała się o przydrożne wierzby, o las, który uniósł swą czarną brew, gdy nagle dźwięk sygnaturki ubogiej i bosej okolicznego kościółka zaczął przedzierać się ku niebu, by szukać drogowskazów na leśnych rozstajach. Lecz nie dowiaduj się nigdy komu biją dzwony, bo one wołają również ciebie. Powoli mrok zsuwał się z kościelnej wieży, ona to stoi na straży miasteczka, które przysiadło tu onegdaj niczym stado gołębi. Czyjś płacz podniósł się ku niebu, czyjeś zagubione westchnienie kołysze krzyk bzu. Jeszcze przestrzeń leży pokotem. Tymczasem pierwszy promień słońca powoli wlewa ciepło pomiędzy drzewa, w zawiłość powstającego kolejnego dnia.

Słowa są tylko symbolami. Układają się w depesze myśli, można je naciosać na wiersze, można je wypowiadać na zgubę, z emfazą, można nimi ratować świat. Słowo może zostać zakłute w ostach nieprzyjaciół, lub zawisnąć niewypowiedziane pomiędzy wargami, a brzegiem pucharu. Może też czynić próbę, na ile potrafi, opisać ludzi tu żyjących.

Tu, gdzie słońce wychyliło się jakby z kielicha naszego świata niczym Przenajświętsza Hostia, żyje życiem podobnym do innych środowisk, tutejsza społeczność. Galeria portretów, gipsowych figur, postaci z gabinetu krzywych luster, podretuszowani powołaniem, rzemiosłem, urzędem, strojni w pawie pióra lub skryci w pokutnym worze nadgryzieni życiem hochsztaplerzy, pieczeniarze z fałszem w kieszeni. Żyją zapatrzeni w siebie nie dopuszczając, że od śmieszności do wzniosłości jest tylko jeden krok, żyją, a było tu i wielu takich, którzy w swej piersi nosili i noszą własne Waterloo.

Na dobre obudził się pańskiego roku czwartek. Przeglądnął się w zwierciadle okolicznego stawu, lekkim wiatrem uczesał włosy tutejszym wierzbom, objął przestrzeń wszechwidzącym okiem Niepojętego i Nieodgadniętego. Jeszcze raz, przeciągle, zajrzał w duszę wodnego zbiorowiska, które z racji swojego malowniczego położenia przyciąga ku sobie mieszkańców. Tak więc w nim tkwią, od lat, nagromadzone twarze przyglądających się w nim postaci żyjących tu społeczności, soli tej ziemi, lecz nie nadającej się do przypraw kuchennych z uwagi na swą złożoność. A znajdziesz w nim dawny obraz posiwiałego, zgarbionego gołębia z hebanową laseczką, leśniczego z okiem zimnym i nadzwyczaj bystrym, rzeźnika, miejscowych pauperów, rolnika, klechę, palestranta z lisim wzrokiem, nowobogackiego z fałszywą potulnością, która skutecznie maskuje żyłkę do hazardu. Są w tym stawie zarejestrowane twarze, matek i ich dzieci, cierpliwych rybaków wpatrujących się z nadzieją w taflę zielonookiego stawu. Jest też odbicie starej panny ze zwiędłym wdziękiem, z cechami złośliwości na swej twarzy. Patrzcie! Jest i uważający się poeta pewny podziwu tej koterii w której się obraca, twierdzący, że 500 słów wystarczy do opisania meandrów tego świata. Wystarczy protekcja, koneksje, niewielka arena i cierpliwy papier na którym ani morału, ani wielkiego talentu, ani posłannictwa. Za to zawiść którą w sobie nosi jest ciągłym unikiem przed porównaniem. A ile jeszcze w sitowiu kryje się nagromadzonego przez lata sarkazmu, plotek, ironii, tragedii, przemijających burz i miejscowych zawieruch. Dobro jako ciężka gatunkowo wartość też tu jest, lecz leży skromnie gdzieś na dnie serca stawu.

Tajemnica głębi wody. Jak na dagerotypie zarejestrowana odsłania początek i koniec tutejszego życia, rejestruje namiętności, upodobania, przemijanie. Wszystko to przychodzi i nie wiedzieć gdzie znika, bowiem od garści gliny pod nogą aż do słońca nad głową tajemnicą jest wszystko, jak i trwanie samego stawu. Ale w naturze człowieka jest zapisana ciekawość. Człowiek czyni starania zaglądania pod kapelusz przechodnia, zamiast spojrzeć od czasu do czasu w niebo. Czasem niebo odbija się i w kałuży, lecz tego już nie zauważa przeciętna istota.

Społeczność tworzy niezawodną siatkę, dziwną i pogmatwaną, krzyżującą mnóstwo istnień na poszczególne węzły, które ręka czasu, losu i okoliczności gra rolę tkacza i według jego wyobraźni i humoru zapisanego gdzieś w Wszechświecie, tworzą wieczne tło i historię miejsca na Ziemi.

W oka siatki jak w sidła często zamknięte są, bezdusznie, biedne rodziny z kilkorgiem dzieci, wdowy z honorem dźwigające brzemię lat i głodową rentę, chorzy z nadzieją w dalekowzroczność i powinność państwa, rodzinne tragedie, a nawet samobójczy skok w otchłań stawu i modlitwy, które uniósłszy się nieco wyżej niż komin, rozpływają się w powietrzu i pozostają tylko - słone łzy. Lecz jakżeby był martwy obraz każdego krajobrazu, gdyby go człowiek swoją osobowością i przeznaczeniem nie zaludnił, uczuciami swoimi nie ożywił, talentami nie wzbogacił. Zbliżenie się człowieka do przyrody zawsze mu się opłaci, gdyż obraz okalającej cię przyrody nigdy nikogo nie okłamie.

Może nad podobnym gdzieś stawem, przyglądając się w jego zwierciadle, Khailowi Gibranowi nasunęła się taka refleksja: Żaby mogą się wydzierać głośniej niż woły, ale nie pociągną pługa, na polu, nie obrócą koła przy prasie, z ich skóry nie zrobisz butów. To Dziesięć Boskich Przykazań, które zawierają jedynie 279 słów utrzymuje w ryzach rozpędzoną ludzką machinę, która kołem się przetoczyła w XXI wiek ery nowożytnej. Do czego zmierzamy, jaki jest charakter i jaka dążność czasu? Czasu wynalazków i postępu, gąszczu reform nawzajem się wykluczających, gdzie każdy sądzi według własnego stanowiska i według własnego punktu widzenia i osądza w zależności od punktu siedzenia.
W bezstronnym oku stawu zamyka się kolejny dzień sprzeczności i pozorów, okrzyków, jęków i śmiechu. Następny dzień pokaże dokąd to nas wszystko powiedzie i jakie piętno na nas wyciśnie. Jutro dla niektórych, pójdzie przechwalające się bez końca, z wzdętą piersią, z ustami pełnymi banałów, pójdzie samo nie wiedząc dokąd, po co i którędy, pod płaszczykiem wiary, zapału i niewinności. Dlatego też ma uzasadnienie stwierdzenie: Człowiek nie tylko ma wiele pytań, ale sam jest pytaniem.W tym właśnie momencie ręka tutejszej matki wprawia w ruch kołyskę, porusza maleńkim światem.

Żyć – może to i znaczy drzewem być w borze, które służyć ma celowi, być ojczyzny okrasą i, chociaż przyjdzie kiedyś żegnać się śladem na korze, pamiętać trzeba zachować w pamięci cichy zapach lasu.


Rozmyślania


Każdy kto bada natury rzeczy, spostrzega – czy chce tego czy nie – że nie wszystkie one posiadają równy stopień godności, bowiem każda natura jest sama przez się, a inne przez nią, tak samo ona jest sama z siebie, a inne z niej. I tu jest ukryta cała istota zagadnienia.

Czy więc człowiek obdarzony przez „Boga widzenia”, jak mówiła do swej pani o Bogu Egipcjanka Hagar, albo przez los – taki, a nie inny związek dwojga ludzi dających poczęcie nowej osobowości – czy ma wpływ na nowopowstałą naturę wynikłą z fuzji cech swoich rodziców? Czy będzie mógł cieszyć się z daru niebios, lub też przeklinać los? Oczywiście jest jeszcze jego wolna i nieprzymuszona wola i rozum, którym posługiwać się będzie w swej drodze życia rozróżniając dobro od zła, jest budowany po drodze charakter, który w ciągłym przebijaniu się przez życiowe trudności, szlifujący się wzajemnie, jak kamienie w rwącej rzece, ulega uszlachetnieniu albo spaczeniu własnej godności człowieczeństwa.

Szczęście jest pewnego rodzaju czynnością duszy, jako iskry tchniętej w każdego z nas od Boga. Szczęście jest zgodne z wymogiem jej dzielności, jest bowiem Bożym darem zdobywanym z uporem i całą wnikliwością, jest walką z sobą i ćwiczeniem. Wtedy staje się nagrodą i celem dzielności, boskim błogosławieństwem oraz godnością, aby w danych warunkach czynić to co się umie najlepiej. Resztę tych rozważań odniosę do filozoficznych wywodów w odbywanych rozmowach pomiędzy Sokratesem, a Kebesem i Simmiasem, z których w konkluzji wynikała prawda, iż wielka jest Hellada i są w niej dzielni, uczciwi i rozumni mężowie. Trzeba jednak użyć takiego czasownika, nie szczędząc wysiłków i trudu, aby przejrzeć się naprzód samym sobie, jak też stosunkom panującym w środowiskach względem siebie.

Niech więc każde z nas osobiście utworzy moralność uznaniową. Być posłusznym prawom i obowiązkom własnego kraju z zachowaniem religii rodziców. Starać się być bardziej zdecydowanym w swoich działaniach i trzymać się przekonań, które są bliskie własnej naturze. Starać się przezwyciężyć swój los i bardziej odmieniać swoje przekonania, niż porządek świata. Trzymać się wybranej przez siebie metody, poznawać prawdę, szukać jej w sentencjach, w tych mądrościach i wskazówkach pokoleń, tym samym odczuwać z tego zadowolenie i podziw dla wielkości i logiki umysłu ludzkiego. Kto czuje potrzebę, niech sięgnie do Proslogionu Anzelma z Canterbury, do tej mowy skierowanej do kogoś, choć przede wszystkim do siebie, do wiary szukającej zrozumienia, wtedy odczuje zadowolenie, że to co robi nie staje w opozycji do ogólnie przyjętych norm. Skoro Bóg dał nam światło przyrodzone, aby rozróżniać prawdę od fałszu, piękno od powierzchowności i poruszania się na skróty, należy trzymać się z dala od tych, którzy dbają jedynie o własne interesy. Są to bowiem ludzie, którzy nie widzą samej róży, a jedynie oglądają kolce stanowiące ich łodygę. Lepiej być samotnym i oddalonym, niźli mieć obok wątpliwych przyjaciół. Ktoś powiedział: Przyjaciele przychodzą i odchodzą, nieprzyjaciele się kumulują. Jakaż to smutna prawda wypowiedziana przez Terencjusza, że tylko ustępliwość rodzi przyjaciół. Dobrze zrozumiał tę prawdę poeta Jerzy Niemojewski pisząc w swoim wierszu Modlitwa te słowa: ...Niechaj nie muszę patrzeć ciągle na ich twarze, abym nie widział trucizny, którą ich rysy są podlane...

Jesteśmy śmiertelni i wiemy o tym, że jesteśmy skazani na naszą przeszłość. Przyszłością każdego jest jego śmierć. Józef Tisszner uważał, że człowiek jest istotą dramatyczną, gdyż w życiu człowieka chodzi o ocalenie, albo o zgubę. Kiedy człowiek spogląda na swoje życie, ogarnia go niepewność aż do rozpaczy włącznie. Rozpacz jest jednakże chorobą na śmierć, jest chorobą ducha, lecz czy jest ona grzechem? A czy rozpacz ujęta w płynące od wewnątrz słowa zawarte w lirycznym uniesieniu nie bywa zadatkiem wiary i czy się nie staje obrazem szczęśliwszego, lepszego ja? Bo rozpacz jest też częściowym wzruszeniem świadomości swojego ja i stopniowym przechodzeniem od biernego cierpienia do świadomego działania. Rozpacz bierze się od wewnątrz nas i staje się czymś pozytywnym, bowiem stajemy w obliczu Boga z bojaźnią sokratycznej niewiedzy, ale i z powołaniem poety.

Niech więc duch nas odkrywa. Niechaj znalazłszy odpoczynek w tym co robimy, w radości z tworzenia, będziemy się skupiać na swoim wnętrzu, wtedy udręki jakie w sobie nosimy i sobie zadajemy zmuszą go, by sobie samemu wyznał prawdę, bowiem sztuka tworzy wersety, ale tylko serce jest poetą. Jeśli wierzysz w kwiaty, będziesz je sadził. Zatem pisząc zdaje się, że stajemy się szczęśliwi, bowiem zaczynamy być zgodni ze swoją naturą, a dusze stają się gotowe do korzystania z dobrodziejstw losu, bez zapadania się w niewolę. Poznajemy własną tajemnicę, poznajemy samych siebie.



Kraków, 2.02.2015 r.


Wilczy zew


Po zwalonych pniach słońce pięło się w las, a spróchniały konar drzewa, z ukrycia, od czasu do czasu błyskał błędnym ognikiem podobnym ognikom św. Elma. Tylko las milczał, jakby miał zaciśnięte gardło.

Samotność jest moją własnością, wolnością szumu morskich fal w połyskliwej muszli, gdzie na strunach sinej dali tkwi rozpięty los. Tu ziemia spękana od trosk, tu pod nosem lasu, w paraboli duktu ślinią się mlecze i szukają ścieżek, towarzyszek drogi. Teraz słońce bierze rozwód z moją półkulą. Tymczasem od drugiej strony, na bryczce, z całym fasonem zajechał księżyc i słucha dalekiej skargi szarych wilków, że onegdaj podpalono im szum lasu. Wtedy od dymów święci stali się niebiescy, żarzył się ogniem czas, dlatego też w gardłach zwielokrotnionej skargi tkwi zwęglony obraz prawd i tęsknota za wolną przestrzenią. Czyżby nie należało, myślę sobie, w każdym większym lesie pośrodku ustawić magiczną formułę sator złożoną z 25. liter, a znalezioną w wielu egzemplarzach podczas wykopalisk w Mezopotamii, Pompei, Anglii, pochodzącą z czasów rzymskich, używaną jeszcze na całym świecie do XIX wieku? Był to amulet przeciwko pożarom i innym katastrofom. Le mort du loup, słynny poemat Alfreda de Vigny oznajmia nam, że osaczony wilk umiera w stoickim milczeniu.

Wilcze głosy zaczarowały, zamąciły w głowie, zafascynowały. Odwieczne wilcze prawo. Jeśli cało wyjdę z tego lasu, będę jak Żuraw Ezopa obdarowany łaską powrotu w swoje strony, jako nagroda za bycie wilkowi wilkiem, za jednoczesne poddanie się z nimi rytmowi księżyca, który związany jest ściśle z rytmem natury. Jest symbolem wyobraźni, fantazji i myśli, zwłaszcza myśli twórczej, jest symbolem uczuć, melancholii i sentymentalnej tęsknoty, miłości i zauroczenia, jakże często, okazuje się, że jest to tylko złudny wizerunek osamotnienia i pogubienia.

Unoszę stąd moją głowę, ogród myśli, odosobnienie, w którym mają swoje miejsce tajemnice, sekrety myśli duszy. Czy jest na tyle uporządkowany i pielęgnowany, by mógł stawić czoła chaosowi? Z jednej z szuflad tryska iskra pamięci i czytam fragment wiersza pt. Poeta J. Żuławskiego:

. .. Myśl poety – to ogień tajemny, gwiaździsty,
Czarodziejski, w którym moc się dziwna pleni...

Lecz od tej iskry zapalił się mój ogród. Cisną się słowa, a od czasu do czasu niepamięć patrzy wilkiem ponuro i nieufnie. Przede mną prosty powrotny szlak. Po obu stronach drogi rosną gruszki na wierzbie. Kołyszą się poranne obrazy, a ja dla otuchy, śpiewam Wierzby K. Laskowskiego:

...Gdzie polem powiewa wierzbina,
Wiem, że się Polska kończy i zaczyna.

I znów żałośnie i złowieszczo, jakby na pożegnanie zawył wilk, siejąc strach w owczym stadzie. Wtedy nad rozumem górę bierze instynkt, atawistyczny mechanizm wywodzący się jeszcze od stada, w których żyliśmy, blokuje logiczne myślenie, a drugich pociąga do naśladowania i w rezultacie zachowujemy się często jak owce Panurga.

Głos wilka padł cieniem na chwile odprężenia, stał się nieodłącznym towarzyszem, stał się platońskim symbolem świata realnego. Krzeszę iskry pamięci. Ludzie są niby podziemnym pomieszczeniem na kształt jaskini pisał w swoim dziele Państwo Platon, gdzie ogień rzuca moc cienia na przeciwległe ściany. I nagle wszystko staje się ulotnością i iluzorycznością, bo w drodze do kolejnej wyprawy krzyżowej jestem jak ten , co chwyta cień i goni wiatr.




Tajemny język


Biorę ze sobą garść majowej łąki, do pamięci chowam sosnę sierotę. Jaśminowe nuty w okruchach błękitu zapadają w zakamarki zboczy, potem pędzą przed siebie poza horyzontu wieniec. Spoza kaptura mgieł wyłoniły się fregaty zieleni. Blednie mleczne przędziwo, słońce haftuje tajemne znaki z blasków i cieni. W takim dniu, na szpuli przewijającego się czasu, kołysze się we mnie wiersz, jest jak odwzajemniony podarunek za to co czuję, widzę i słyszę. Zimą, w tym miejscu śnieg pogrzebie wszystkie ślady i znaki lata, będzie nabierał w oczy światła mieniąc się we wszystkich kolorach nieba, bo śnieg jest miarą czasu i jego milczących praw.

Zmęczony wół dnia patrzy w tę stronę, gdzie sroga wilczyca-burza dała o sobie znak. Szeroką ławą nadchodzi zmierzch. Uspokoiły się kolory, stapiając się w jeden ciemnozielony brąz. Kiedy szyldwach księżyc stanął na czujce, otworzyłem okna swego mieszkania.

Wiatr zadyszany, posłuszny posłaniec, przyniósł ze sobą werble deszczu, grają na moim zaufaniu i zabierają mnie na wielkie pola marzeń, na których kiełkuje nadzieja w snopach światła. To światło i mrok zmieniają się bez końca, wieją wiatry, nastaje cisza, ale walka o miejsce na tym świecie nie ustaje. W cieniu ogromnej tajemnicy, jakiegoś mętnego snu jaki rozpościera nad sobą każda istota, słychać nieustannie bijący w sercu ziemi młot – to jest życie między bólem a radością. Lecz najstraszniejsze w tym wszystkim, jest Jego milczenie.

Gdzie szukać pewności? W kamieniu czy chwiejnym ludzkim sercu? Niepokój tego świata płynie i drga na strunach wiatru, albo w strunach wody o nieskazitelnych liniach czy też w symetrii promieni słonecznych.

Poeci muszą więc językiem tajemnym utrwalać te obrazy pełne kwiatów i ludzi, ludzi i kwiatów.




Nocny spacer w nowy dzień


Nad tysiącgwiazdkowym hostelem Krakowa, w którym od lat dźwigam ściany mojego mieszkania, z dostojną łagodnością tańczy światło gwiazd z księżycem, który właśnie skrył się za koroną starego dębu , jakby w posiwiałej brodzie pustelnika. Beztroski śmiech dziewczyny, jak łagodny flirt dochodzący gdzieś zza zakrętu, jak srebrny dzwoneczek przekomarza się z jego dłońmi. Nowy dzień rodzi przyszłość za tym zakrętem i słychać odchodzące i nadchodzące krople chwil. I tylko ptaki, ci skrzydlaci i niewidzialni posłowie, budzą się, zaszyci gdzieś w gęstwinach drzew. Milczą też flanki wawelskich murów mądrością wieków. W nich drzemią alfa i omega historii Krakowa. W dali kiełkuje horyzont, po zaułkach powoli zaludnia się echo i gdzieś tam kogut trzykrotnie zaprze się siebie. Tymczasem w okładających się chmurach, księżyc się jakoś zasępił i zmętniał.

Lecz co to? W jednym z okien pali się gromnica, co w obecnych czasach jest prawie niespotykane. Kiedyś był zwyczaj, w czasie srogiej burzy, stawiano ją w oknie, aby broniła domostwa i rodziny przed nieszczęściem lub niesiona w Dzień Matki Boskiej Gromnicznej swym światłem była im obroną. Ta zaś paląca się gromnica, w części już wypalona i lekko przygarbiona, ostatnim tchnieniem pragnie coś wyszeptać przez uchyloną jeszcze chwilę.

Może to słowa najważniejsze, bo leżąca tam w głębi, jest już zeschniętym zielem i laską ślepca, jest ruiną zgiętą wpół, źdźbłem co się jeszcze waha, z której najbliżsi chcą wydobyć pewną prawdę lub tajemnicę. Lecz prawda jest przewilejem Boga i tylko czasem odkrywają ją ludzie, by całkiem nie umarła na brak racji. Zdarza się wtedy, że nie trzeba pochować tajemnicy ciepłych słów w zimnym grobie. W tym zaś przypadku, kiedy zgaśnie jej gromnica, będą się sprzeczać, prócz jednej tu osoby, kto zbierze zgromadzone po niej rzeczy, bo do końca tego nie wiadomo.

W jej godzinie, w świetle palącej się gromnicy, jak na obrazie mistrza Rembrandha, usiedli niewidzialni jej rodzice, już wiedzą jak sprawna może być nienawiść, więc patrzą czy odchodzi równym krokiem w ich stronę po ciężkich świata schodach dusza ich dziecka, bo śmierć to zabiega od lewej, to podchodzi od prawej strony, by leżąca w pokoju mogła wraz ze swoją osobowością podążyć, gdzie błyszczą srebrne wrota.

Ostatni raz czyni obchód swojego życia i wróży przyszłość z odbicia w szybie lotu ptaka. Jej świat maleje do podręcznego bagażu. Twarz na chwilę zabarwia się różem żalu, a wspomnienia które płyną myślą poprzez szklistość błoni, rozpadają się jak stare ubrania. Z kołatką nadziei, z zagadką milczenia, idzie do Niego przez swoje niepokoje. W tym momencie z żalu pęka pełne niej lustro, gdy zabłysły w okiennej ramie ranne zorze.

Nie wódź nas na zawinienie, bo i tak nosimy w chlebaku cierpkie wyznania w tym rozbitym świecie przeznaczeń, gdzie powietrze się wykrzywia i cienie zginają się pod naporem masek i pancerzy, gdzie jest wdech i wydech czuwania, bo czekam tu samego siebie, gdzie przeplatają się zygzaki fałszywych uśmiechów ze złamanym krzykiem, zaciśniętymi pięściami, gdzie posplatani ze sobą nieczuli i szczelni, z wielką zaradnością dzielą między siebie łupy i uczą się golić na cudzej brodzie zapominając, że w łaźni wszyscy są sobie równi. Próżni – odgrodzeni o tych z zasadami – próżnią. Jakże często zapominają, aby nie pluć do studni, bo może jeszcze z niej pić będą wodę.

Świat jest kuźnią smugi cienia i ludzkich marzeń, choć z każdym dniem ten świat staje się trudniejszy i wyższy.

A na ulicach coraz szybciej kręci się karuzela słów i kroków z tysiącem zmarszczek na twarzy. Tłum płynie jak ławice śledzi. Głosy i dźwięki unoszą się, gotują się do lotu, ptaki już kreślą czarne inicjały i nagrywają swoiste partytury, wrony jeszcze skulone z chłodu czekają słońca. W przęsłach promieni słonecznych, w rozgadanym krajobrazie, w kakofonii kroków i sygnałów i psalmowaniu kościelnych dzwonów, spotyka się tyle zbieżnych linii i, jeszcze trochę, a znów na żółte księgi upadać będą tegoroczne liście.


I nagle pośród tłumu zobaczyłem znajome włosy. Jak pięknie napisał I. K. Gałczyński w jednym ze swoich wierszy: Twoje włosy są koloru skrzypiec.




Magiczna i pokrętna rzeka
prof.dr. Adamowi Zielińskiemu


Tuż obok maski naszego samochodu, ten jeden jedyny błysk źrenicy cygańskiego chłopca, wiedeńskiego gazeciarza, natchnął mnie skojarzeniem, w której dopatrzyłem się pewnej bliskiej analogii. Błysk w oku pulsujących i rozpryskujących się na setki kolorowych świateł neonów rozpoczynających w listopadowy wieczór swe życie w wielkiej europejskiej stolicy, był jakby cygańskim ogniskiem, w którym każda iskra stawała się zaczątkiem nowego ogniska.

Kiedyś płynęła wieloma odnogami z prowincji przyległych do Wyżyny Dekan przez Azję do Europy dwoma plemiennymi ramionami o nazwach Kielderasza i Lowari. Objęła mocno w swe posiadanie Europę. Dziwna rzeka. Jej źródło wyschło w Indii, lecz ramiona nie przywiązane do ziemi, wolne i swobodne, ciągle w rozproszeniu, patrzyły i patrzą przez palce na prawa, które rządzą światem, a które do nich, z założenia, należały. Co innego "romanipen". Pod tym hasłem kryje się całe sedno bycia Cyganem, prawym człowiekiem. Romanipen jest jak kompas, jasno określało i określa zachowanie się w stosunku do współbraci, określa czym jest prawda, starszeństwo, szacunek oraz lojalność wobec grupy. Tak więc płynęły ramiona rzeki taborami Cyganów o kruczych kędziorach i czarnych oczach. Jechały przez niedostępne okolice, głębie lasów, bo jak głosi cygańskie porzekadło: dokąd prowadzi cygańska droga? - Do lasu.. Kryli się w górskich jaskiniach, by znów pojawić się z jakąś sobie tylko znaną demoniczną siłą. To zorganizowane grupy czarodziei i łotrzyków, wieszczek, sztukmistrzów i szalbierzy, lecz przede wszystkim muzyków i tancerzy. Oni dobrze wiedzą, że życie składa się z wielu kłamstw i odrobiny prawdy, że pies, który wędruje, znajdzie sobie kość. Wiedzą też, że jeśli kowal zawini to i tak powieszą Cygana i, że lepszy jest pieczony ziemniak w lesie niż mięso w więzieniu. Ale gdyby nie oni, nie byłoby Carmen G. Bizeta czy Trubadura G. Verdiego.

Nachyl się i spojrzyj w lustro wody. Zobaczysz tam twarze przebiegłe, o przenikliwych i bystrych oczach. W refleksach słońca, w językach ognia, który wykołysał cygańską dziewczynę zobaczysz ludzi w kaftanach, na których połyskują srebrne guzy czasem wielkości kurzych jaj. Złocą się cekiny, dźwięczą złote talary i bransolety. Zobaczysz w akcji kotlarzy i handlarzy koni. Rzeka aż błyszczy od świecidełek, cała w falbanach śpiewa i tańczy po kamieniach rumuńską horę i węgierskiego czardasza, w którym też tańczył ze swoją ukochaną - Jan Kiepura. Kiedy Cyganie tańczą boso, ostre kamienie ranią im stopy, bo oni tańczą jak im grają, jak los im sprzyja. Spójrz! Tancerki drobno przebierają nogami, tańczą ich ramiona, ręce, dłonie. Tancerze są bardziej ruchliwi i zwrotni. Uderzają dłońmi o piersi, w uda i podeszwy wystukując rytm obcasami. Rzeka jak czas płynie. Opowiada smutne dzieje, spowiada się baśnią pełną tresowanych niedźwiedzi i karkołomnych wyczynów, porzekadłami np. Mam ja siostrzyczkę, która co noc płacze – świecę. Lecz wszystkiego i tak nie dopatrzysz. Przezorny Cygan nosi mesurę, amulet, który jest czymś w rodzaju czapki-niewidki.

Kiedy przyświeca kaganek księżyca, Cyganka rodzi dziecko. Dużo dzieci, dużo szczęścia, mówi cygańskie przysłowie. U węzgłowia rodzącego się cygańskiego dziecka przysiadają trzy wieszczki, by nocą przypowiadać mu przyszłość. Przyszłość dziecka jest jednakże z tą rzeką nierozerwalna. Tymczasem historia zmieniała i zmienia siłą koryta rzek, kopie pod nimi dołki. Tu Cygan jest bezsilny, nic nie może zaświadczyć swoimi dziećmi. Wtedy rzeka wre i bulgocze, rozlewa się jak horda cygańskich dzieci z równą szybkością, co na powrót schodzą się nieomylnie, by być znów razem.

Zgubił gdzieś po drodze Cygan truszułę bałencę – cygański rekwizyt magiczny. Jego los podobny jest losowi Żydów. Ulatywał kominami krematoriów, niósł się tym samym swądem po polach, zaś wspólne zrabowane im przez hitlerowców złoto, przetopione na sztaby, niczym nie różniło się od innych sztab gromadzonych w bankach Szwajcarii. U tych , którzy przeżyli, w oczach tkwi ten zaraźliwy, wewnętrzny smutek, lecz Cygan jest wierny sobie, nie tak łatwo porzuci wielkiej drogi dla malutkiej i, dobrze wie, że z dzisiejszego ognia – jutrzejszy popiół. Jeśli ma umrzeć, po raz ostatni ubierze pas z wierzbowej kory, upiecze jeża lub kurę w glinie. Przed śmiercią po raz ostatni zakurzy fajkę, może któryś ucałuje wiszącą na jego piersi Kali Sarę zwaną też Czarną Madonną.

Nad jego ojcem – lasem, w mroku ukryte niosą się strofy wierszy Papuszy. Ziemia śpiewa, rzeka lśni i tętni, na jej powierzchni płyną cygańskie kolczyki – z liści, niebo słucha płaczu Cygana i jego skrzypiec, zapatrzone w wirujące cygańskie spódnice w białoczerwone kwiaty. Lecz póki będą żyć Cyganie, będą nam wróżyć i przepowiadać: jak sąsiedzkie przywabić żyto na swe pole i jako niecić ogień pod słomianym dachem*

Zapytacie się, i słusznie, skąd moje refleksje na temat Cyganów i to właśnie w Wiedniu, w czasie kiedy odbywa się promocja almanachu Galicjady na II Międzynarodowym Spotkaniu Artystyczno-Literackim, na którą zjechała się cyganeria krakowska. Bohema, składająca się z artystów prowadzących życie nieregularne, indywidualistyczne, niekiedy ekscentryczne, w szeregach których są pisarze, poeci,, malarze, śpiewacy i rzeźbiarze. Pojęcie "cyganeria" w prostej linii wywodzi się z życia Cyganów. Prof. dr Adam Zieliński z Wiednia, tam gdzie Pummerin wtóruje Zygmuntowi, był tu natenczas hojnym królem cygańskim**, i być może stałby się drugim bohaterem dla Honoriusza Balzaca, pod tym samym tytułem.


Wiedeń,, 4-6 l istopada 2003r.
Sebastian Klonowic, Worek Judaszowy
Honoriusz Balzac, Król cygański



Uwertura Życia


Rozpisany na magiczne znaki, (z założenia niezawisły i niezależny), podrzucony przez kapryśny los, na wiadomej długości i szerokości geograficznej człowiek, wykrojony gazetowy ludzik, a zarazem świątynia z muszlą własnej kryjówki, zaplątany w oko sieci, w niewoli cierpienia. W labiryntach nocy płyną do pierwszego zakrętu i zdumienia zdradliwe rzeki, a wokół zastępy przedmiotów, mnogość przedmiotów tonie w mleczu mgły i pajęczej abstrakcji. Czas gra na zwłokę, tabletka niepewności wydłuża krwawienie myśli i słomiany zapał ognia. Tymczasem wąż sunie zygzakiem, latawiec-anioł przypomina, a pielgrzym potyka się wciąż, i pozostaje mu jeszcze jeden zachód słońca, wyhodowane poglądy i spreparowane nawyki. Defilują transparenty chwil pod szczelnością nieba, kręcą się wokół nas, nabrzmiewają, zapadają w sen, rozchodzą się po mieście, a z nimi przecieka życie kropelkami lęku.

Człowiek to dziwne stworzenie, jak ziarno rośnie w świetle, które jest sensem, a on sam jest częścią tej ziemi. A wokół niego dialogi świateł i cieni. Człowiek-soczewka skupiająca i rozszczepiająca, który posiada oprócz rąk i nóg, oczy potrzebne do patrzenia, rozum do myślenia, serce do kochania, on, który czyni sobie ziemię poddaną i czasem jest jak latorośl czy powój, który dzięki światłu wzrasta, by potem bronić światłu przeniknięcia ciemności innym, dla zapuszczania w głąb zbawiennych promieni. Każdy człowiek jest sceną jednego aktora, wszystko co czyni i co się dzieje w jego psychice, w większości znajduje ludzką twarz. Lecz za kurtyną czasu i na deskach sceny trwa nadal gra. Pantomimy przebiegłości, suche utrapienia, wilgotne zmartwienia, fantomy obłędu, walczący i broniący się, aby nie utonąć w ruchomych piaskach ludzkiej ułomności. Spadają liście z drzew, przemijają ludzie. Czasem zawieszeni w powietrzu oczyszczają się jak wypalona ogniem rana. Gdy jedni kontemplują w cieniu piramid, inni poświęcają czas na ofiarowanie świecy w katedrze. Ludzie – ślepy kaprys rzucanych kości.

Spojrzyj w toń Rodanu, do wnętrza spienionego Popradu po jego wezbraniu. Nie dopatrzysz się dna, choćbyś zanurzył wiadro w studnię, tylko to co wyciągniesz jest nieśmiertelną prawdą. Żaden syn Adama nie potrafi odczytać wszystkiego we własnym sercu, bo wiele jest myśli w sercu człowieka i czasem kiedy serce jest przepełnione, oczy zachodzą łzami.

Każdy człowiek to następne doświadczenie, to wielorakość horyzontów podlegający ciągłej zmianie, rozwojowi, istota wyróżniona nieśmiertelną duszą-sternikiem okrętu, a może jest tylko całościowym tworem natury, która nigdy i nigdzie nie da się powtórzyć. Oto jego ciało styka się z innymi ciałami, przeciwstawia się im, podlega prawom przyrody, porusza się w określonej przestrzeni. Podlega reglamentacji, jest kwalifikowany, ale jest też cielesnym istnieniem, osobisty i niepowtarzalny w granicach swojego ciała. On czuły na honor, ambitny w różnym stopniu, kierujący się wolą, podatny na dotknięcia, idący w parze ze swą wiernością, miłością, złożonością. On wcale nie lepszy od zwierzęcia formuje ten świat, poddając go prawom piękna, które jest blaskiem prawdy i dobra, bo sama sztuka jest elementem odczuwalnej potęgi. Niestety, jakże często jest gorszym od zwierzęcia.

Cały świat jest wielką przenośnią, laboratorium, jest labiryntem, a ludzkie dobro złudnym ich odbiciem w morzu istnień i spraw. A czymże jest labirynt jeśli nie więzieniem, choć ma też podwójne znaczenie. Przywołuje na pamięć piekło, lecz może też prowadzić uprawnionych do miejsca olśnienia i ponownego odrodzenia.

W wszechogarniającym zwątpieniu, pogubieni w wielkiej symfonii, w ciemnościach szukamy prawdy o życiu, idąc pośród niedocieczonych tajemnic od horyzontu po horyzont. Pozostaje jeszcze wiara i nadzieja. Wiara to tajemnica, a zrozumieć tajemnicę, to już wiedza. Dookoła las nieprzejrzystej niewiedzy, lecz przecież las jest jak szałas, nad którym stoi wywyższona wieżyca Boga – Najwyższego Architekta, Kompozytora, Pedagoga, Lekarza, z kluczem w ręku do tej tajemnicy.

Jak pisał Pliniusz Młodszy, wędrujemy długimi drogami, pokonujemy rzeki i przestworza, by zobaczyć to czego niedoceniamy, co jest często blisko nas. Dzieje się to dlatego, że natura tak wszystko zaaranżowała. Gnamy za tym co jest daleko, pozostajemy obojętni dla tego co jest nas blisko, zakładając, że jeszcze mamy wiele czasu przed sobą.

Tyle wokół ludzi. Niewymierne morze piasku. Codziennie zanurzamy dłonie w oceanie, aby dokonać zbratania i prawie na ślepo przesiewamy, porzucamy i wyławiamy w sypkim piasku ziarna prawdy, odciskamy stopę – swojego ja. Tłum – ludzkie tarło jest jak szum muszli. Twardy, nieustępliwy, jeszcze niepodległy, zamknięty w swej skorupie, pełny tajemnic, sam siebie nie znający, tym bardziej nie interesuje go indywidualność poszczególnego człowieka. Jedynie bliski jest mu owczy pęd. W działaniu jest jak taran i żywioł. Rozbity, z pękniętym sercem swej muszli jest cały w rozsypce. Milknie jego pewność wspólnoty i siły. Pustka rozdarcia. Morze dziejów głuszy resztę. Fala za falą rozbija, uderza o brzegi, miesza piasek, czyni go bezwolnym, wiatr resztę przesiewa i gubi nawzajem. W słońcu dojrzewają następne zamiary. To wpływ życiodajnego światła pewności i zwycięstwa. Czasem w tłumie znajdą się perły, gładkie jak jedwab, w kolorze złota, różu, fioletu, a nawet czarna. Są jakby świtem przed burzą. W nich zamknięte są wszystkie barwy morza, nieba i ziemi. Małe lustrzane elfy połyskują okruchami tęczy. Jest i poeta, trwożny muzyk obywatel królestwa wyobraźni, którego wiersze popłyną gdzie jeszcze nie gościł. Tymczasem tłum zaparł się siebie przed obcym mu żywiołem, zaś perła wyczekiwać będzie znalazcy, lub sama się odnajdzie obok bliskiego sobie człowieka. A jeśli się stanie łzą morza, albo własnym swym bólem, będzie nadal częścią morza, nieba i ziemi. Teraz zaś tłum płynie rzeką we wszystkich kierunkach tworząc dorzecza o stu odnogach i tysiącach twarzy. Jak trudno na ekranie ludzkiego oblicza wyświetlić labirynt duszy. Odnogi mają swoje cele i zadania, swój wybór, wiek, nurt, mądrość i zwyczaje, a nawet i religie. Nie tak łatwo kijem odwrócić bieg rzeki. Tłum będzie się odradzać jak hydra, czerpiąc swe siły zewsząd, choćby ze strachu. W przecinających się drogach, deszczu, wichru i zniszczenia, ty, sól tej ziemi, ziarnko piasku, jesteś wciąż mocny jednością, pędzisz przed siebie szukając przyjaciół, oparcia i ostoi, możesz stać się bólem pod skorupą małża, by rodzić w cierpieniu perłę, lecz z pewnością pójdziesz kiedyś w rozsypkę. Nie martw się. Tam czuwają nad klepsydrą czasu. Piasek przesypuje się od nowa w Bożej sieci.

Tak pewnie wygląda świętych obcowanie pomiędzy wyspami ocalenia, ludzi balansujących na linie wątpliwego szczęścia, trzymających się ogona trojańskiego konia, gdy obok rży Apulejusza osioł wyszczerzając żółte zęby. Lecz na tym swoistym poligonie co zobaczysz jest twoje, bo życie to tylko taka impreza u Boga.

I znów rysują się kroki na piasku – małe wydarzenia, które są dziedzictwem ciągłej historii i potwierdzeniem, że tędy przeszedł czyjś czas, często bez naszego przewinienia i bez naszej szansy ucieczki. Przypływy i odpływy stóp. Nie zgłębimy wszystkich śladów, bo choćby odcisk kardynalskiego pastorału na piasku można pomylić z odciskiem żebraczego kija.

Z odrzuceń i powtórzeń, z piany zaprzeczenia, z odbić i rozpyleń, z ziaren piasku buduje się świat w każdej sekundzie swojego istnienia. A kiedy słońce kryje swą twarz, blakną wokół pagórki westchnień.

Jesteśmy śmiertelni i wiemy o tym, że jesteśmy skazani na naszą przeszłość. Przyszłością każdego jest jego śmierć. Józef Tischner uważał, że człowiek jest istotą dramatyczną, gdyż w życiu człowieka chodzi o ocalenie, albo o zgubę. Kiedy człowiek spogląda na swoje życie, ogarnia go niepewność, aż do rozpaczy włącznie. Rozpacz jest jednakże chorobą na śmierć, jest chorobą ducha, lecz czy jest grzechem? A czy rozpacz ujęta w płynące od wewnątrz nas słowa, zawarte w lirycznym uniesieniu, nie bywa zadatkiem wiary i czy nie staje się obrazem szczęśliwszego, lepszego ja? Bo rozpacz jest też częściowym wzruszeniem świadomości i stopniowym przechodzeniem od biernego cierpienia do świadomego działania. Rozpacz bierze się od wewnątrz nas i staje się czymś pozytywnym, bowiem stajemy w obliczu Boga z bojaźnią sokratycznej niewiedzy, ale i z powołaniem poety.

Próbujemy wyrazić się słowami. Słowa niby niepozorne, a są jak pył, jak kamienie. Tylko słowami można się podzielić z innymi swoimi myślami. Co związane z ciałem, to rzeka, co z duszą(wirem), to jak sen i mara. Życie jest ciągłą wojną i chwilowym przystankiem w podróży, pośmiertnym wspomnieniem, samo życie jest jak punkcik, pisał w swoich wspomnieniach Marek Aureliusz. Tak, życie to burze i nawałnice, to zawieje śnieżne, ciżba słów, ołów morskich fal, skłuty zmęczeniem mrok po latach smagania, lecz przecież na krzywych liniach w nutowym zeszycie można zapisać prosto, własną swą pieśń. Niech więc duch nas odkrywa. Niechaj znalazłszy odpoczynek w tym co robimy i radość z tworzenia, skupia się na swoim wnętrzu, wtedy udręki jakie w sobie nosimy i sobie zadajemy, lub inni nam zadają, zmuszą go, by sobie samemu wyznał prawdę, bowiem sztuka tworzy wersety, ale tylko serce jest poetą. Jeśli wierzysz w kwiaty, będziesz je sadził. Zatem pisząc, zdaje się, że stajemy się szczęśliwi, bowiem zaczynamy być zgodni ze swoją naturą, a dusze stają się gotowe do korzystania z dobrodziejstw losu, bez zapadania się w niewolę. Poznajemy własną tajemnicę, poznajemy samych siebie.

Czy na przejściu granicznym niebo opuści dla nas zwodzony most zamknięty na siedem pieczęci? A jeszcze tyle potrzeby przeżycia nieprzeżytego, tyle zbiegów okoliczności.

W dryfującej butelce, po bezmiarze oceanu, płyną nasze ostatnie życzenia owinięte w kłębki muliny.




Refleksje o tym, ile niesie w sobie jeden dzień


Szczerze mówiąc, nie wiem co napisać, a czego nie napisać w tym szczególnym dla mnie dniu, dniu moich 73. urodzin, przy 72. latach ukończonego życia. Dzisiejszy dzień jest również dniem ważnym dla całej polityki naszego państwa, gdyż jest dniem wyborów i kompletowania polskiego składu poselskiego do Europarlamentu, ale jest też dniem wyborów prezydenckich w cierpiącej i okaleczonej Ukrainie. To sąsiadujące z nami demokratycznie młode państwo, w obecnym czasie osaczone przez Rosję podstępem i znaną nam wszystkim nie przebierającą w środkach propagandą, które siłą woli wielu, uwolniło się od skorumpowanego prezydenta, stanęło u progu wojny domowej. Zamiast już wcześniej zagrać, tasowali karty. Molier pisał: Wszystkie gafy polityków i upadki przywódców biorą się po prostu z braku umiejętności tanecznych. Lecz ten naród ma rozum, naród pragnie dla siebie szacunku, naród ten przejrzał i okazał swą dojrzałość, więc, mam nadzieję, zachowa od teraz należytą czujność.

W Państwowej Komisji Wyborczej nr 123 w Krakowie, jako od zawsze lojalny i zdyscyplinowany obywatel mojej Ojczyzny, otrzymałem wyborcze listy, aby spośród 98. kandydatów reprezentujących różne ugrupowania społeczne wybrać tego jednego kandydata godnego mojego zaufania, bo przecież jak pisał Piotr Skarga: Okręt ojczyzny wszystkich nas niesie, Ojczyzna.jest to wielki – zbiorowy obowiązek – czytamy w Memoriale Młodej Europy. Tam, gdzie ludzie przestrzegają praw i obowiązków państwa są silne i szczęśliwe głosił Ksenofont. Znając z autopsji Polaków naturę i poszanowanie obowiązku, należałoby porównać ich obywatelskość do, najprawdopodobniej, przypowieści Jezusa, albo do któregoś z apokryfów, gdzie mowa o tych, którzy mieli za zadanie napełnić kadź winem, lecz każdy z donoszących pomyślał sobie: ten przyniesie i tamten przyniesie wino, więc moja miara wody wlana do całości nie zostanie zauważona. Okazało się, że kadź była wypełniona tylko piątą częścią wina.

25 lat temu Muniek Staszczyk śpiewał: Ojczyznę kochać trzeba i szanować..."
Prawie jestem pewny, że frekwencja będzie oscylowała w granicach czwartej części uprawnionych do głosowania. Czemu mieliby iść oddać swój głos? Inni pójdą za nich i, załatwione. Lecz gdyby np. sponsorzy ogłosili, że w Rynku Głównym będą serwowane darmowo 3 pierogi, już od rana ustawiałyby się, bez żenady, wielometrowe kolejki reprezentujące różne warstwy społeczeństwa.

Kiedy, patrzę na ten spis nazwisk posłów, gdzie wielu wzięto z marszu, gdzie wielu nie ma nam nic do powiedzenia, gdzie o wielu prawie nic nie wiem, gdzie wielu tak sobie kombinuje: Twoje stanowisko zależy od tego, gdzie – siedzisz, pośród których jest "oryginał" i "ekscentryczny wybryk", wybrany przez rządną sensacji niedoświadczoną politycznie młodzież potrzebującą "igrzysk", a zarazem wyrażająca tym wyborem swój protest i bunt przeciwko dotychczasowej polityce rządu, staję przed dylematem. Jest tu wielu, którzy zdają sobie sprawę, że żadna przegrana nie jest trudniejsza od pożegnania się z władzą, gdzie mało tych, którzy sobie powtarzają w duchu słowa Juliana Tuwima z Kwiatów Polskich: Niech prawo zawsze prawo znaczy , a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Lecz, aby być w swoim osądzie wyczerpującym, byli i tacy na tych listach, którzy mieli i mają takie założenia: Z własnego prawa bierz nadania i z własnej woli sam się zbaw. Jan Kochanowski w swych Pieśniach pisał: A jeśli komu droga otwarta do nieba, tym, co służą Ojczyźnie. Oby nie sprawdziło się w przyszłym Europarlamencie powiedzenie: gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania.

Polityka to sztuka zdobywania głosów biednych i pozyskiwania pieniędzy bogatych w zamian za obietnicę ochrony jednych przed drugimi- ktoś pisał. Niech nowo wybrani pamiętają słowa Solona: Ten może rządzić innymi, kto potrafi kierować samym sobą. Mądry polityk myśli o następnych pokoleniach, ale najczęściej polityk posiada wiele twarzy.

Politycy zaczynają od marzeń, a kończą na biurokracji. Choć obrane interesy mówią wszystkimi językami i grają wszystkie role, nawet bezinteresowności, to nowo wybrani do Europarlamentu powinni pamiętać słowa Abrahama Lincolna: Polityk może oszukiwać część społeczeństwa przez cały czas, ale nie może ciągle oszukiwać wszystkich. I ta uwaga dotyczy każdego stanowiska, od premiera po prezesów Stowarzyszeń.

Piotr Kraśko w programie telewizyjnym TVP INFO użył w podsumowaniu sformułowania o frekwencji Polaków w wyborach proponowanych do Europarlamentu posłów i wynikłych z tego konsekwencji: rozpacz dla przegranych, radość zwycięzców. Nie było jednak mowy o tej pokorze z jaką, w swym czasie, przyjął przyszłe trudy i obowiązki papieża nasz wielki Rodak, Karol Wojtyła.

Niemiecki wierszyk z 1848 r. niesie nam tekst: Osiemdziesięciu ośmiu profesorów. Ojczyzno jesteś zgubiona! Zbyt wielu gardłujących, zbyt mało z tego mąki. Tak więc reasumując powyższe, najbliższy będę prawdy kiedy powiem, że każdy naród ma taki rząd, na jaki sobie zasłużył.


Kraków, dn. 25.05.2014 r.


Curriculum vitae

        Człowiek to istota w podróży. Jego życie jest krótką wymierzoną przez los i różne okoliczności drogą, ledwie błyśnie, a już gaśnie. Człowiek wyrasta i więdnie jak kwiat, przemija jak chwilowy cień, jak obłok przeleci i zniknie. Człowiek, to „homo viator”. Tymczasem „Zegarmistrz Czasu” nie liczy, nie odmierza, a jedynie pilnuje zębatych kółek Wszechświata. Ja zaś w drugiej części swojego życia idę przed siebie, rozmawiam z odległymi wzgórzami, wsłuchuję się w trzask łamanych przez wichurę konarów, prawie słyszę płacz drzewa. Wokół mijają mnie różnorakie twarze, pomysły, myśli, niby wielki rój sięgający przyszłych i minionych form. Więc nadal, „festina lente”, cytując Oktawiana, by w trybach mojego życia nie zabrakło odwagi, by spełniać codzienne zadania, choć wiem, że trudno podobać się wszystkim. Potem powtarzam sobie za Leopoldem Staffem: Pomiędzy zaproszeniem i rankiem podróży, między wzniesioną dłonią, a owocem drzew, śpi szczęście.

        Cytuję słowa dr. Michała Piętniewicza z Jego filozoficznego traktatu pt.”Między mitem a kiczem. O prozie Brunona Schulza” ...Zachwyt nad światem jest bowiem ekstazą nad tym, co w pewien sposób wyprowadza w pole i oszukuje życie prawdziwe z jego bólem przemijania, dokonywania trudnych, życiowych decyzji czy wreszcie ostatecznego kresu, jakim jest śmierć ludzka. Jest ekstazą nad tym, co jest w ciągłym ruchu, co jest płynne i nie przybiera  ostatecznego kształtu(...), trwa na prawach marzenia,(....)trwa na prawach pozoru. Jest ekstazą bezinteresowną, przefiltrowaną przez percepcję właściwą dziecku, bo nie roszczącą sobie pretensji do udzielenia poważnych, metafizycznych czy teologicznych odpowiedzi....”

        Podaję dłoń starej Cygance. Rzekła: Szedłeś przez róże i ciernie. Dalej toczysz długą walkę, którą ci los przewidział, ale co zdobyłeś i dalej zdobywasz z trudem, smakuje lepiej. Pamiętaj, drogie jest jeszcze droższe, jeżeli przedtem spróbuje się je z goryczą.

        Może i moje wiersze czy poetycka proza znacznie częściej bywają włóczęgą, metaforą zbieraną na polnych drogach, wiejskich gościńcach, na błękitnych traktach, lecz dzięki im swobodnie się poruszam i przyglądam wybranym elementom ludzkiego pejzażu, a jeśli spotkam po drodze tęsknotę, dbam o nią. Wiem też, że co zdobywa się z trudem smakuje mocniej. Hegel twierdził, że kunszt literacki w pełni pojawiać się może jedynie w poezji, a jako gatunek literacki wymieniał zagadkę, alegorię, przenośnię czy porównanie. Tak więc coraz częściej zatrzymuję się dłużej w niektórych miejscach, by trafniej opisać moje widzenie otaczającego mnie świata, pewne doświadczenia, poranne i wieczorne filozoficzne przechadzki w tym literackim sympozjonie, w tych przyjaznych miejscach jak: szemrząca woda, urokliwe zakątki, rzucające cień drzewo, miękka trawa. Śledzę też stada dzikich gęsi, których mądrość mnie zastanawia. To właśnie samowola, pycha odbiera niektórym dar i przywilej samooceny. Nie na darmo 26. mojemu zbiorowi wierszy nadałem tytuł: „Drzewa są jak ludzie”, bo szczęśliwy jest człowiek, który kocha drzewa, przede wszystkim wielkie, wolne, rosnące dziko w miejscach, gdzie zasadziła je nieskończona siła, niezależna od opieki ludzkiej. Z tych drzew, ze skał, od ptaków, z każdej formy nieskończoności płynie ku nam niewypowiedziana wolność i radość bez granic. Stajemy się świadomi tej części nieskończonej siły.

        Jak dobrać słowa, aby pozostać wiernym sobie, przecież pragnę, aby poezja moja stała się gestem wyciągniętej dłoni. Poezja, to smutna pani, której nie do twarzy ze zbawieniem świata. Ale zdaję sobie też sprawę, że wraz z grobem kończy się i zanika cała próżność zmysłowego świata. Wraz z grobem przemija wszelka próżność ludzkiej wyobraźni, a pozostaje tylko surowość powagi,  ale jeszcze zapisuję wieczorne opowieści, szelesty słów, czasem wkładam je za pazuchę, chowam po kieszeniach. Dziś np. czuję się uroczysty przecierając okulary pamięcią, bo jeszcze przed nami - chciałoby się - leży cały świat.

        Tak pisałem dwa lata temu. Minęła i  80. rocznica urodzin. Co dodać do powyższego tekstu po upływie roku?

        W „Folwarku zwierzęcym” Georga Orwella stary Beniamin utrzymywał, że pamięta każdy szczegół swego długiego życia i wie, że nie było, tak jak nigdy nie będzie, o wiele lepiej lub o wiele gorzej... Nadal szukam i odnajduję odprężenie w czytaniu. Czasem za Krzysztofem Krawczykiem rozważam w pamięci wyśpiewane przez Niego słowa: „jak przeżyć wszystko jeszcze raz i ocalić. Już jesień trwa... Czasem żal straconych szans, czasem bagaż zwykłych trosk...”

        Ziemia jest zarazem pięknem i szpetotą, życiem i śmiercią, bogactwem i nędzą, w konsekwencji jest więc otchłanią ustawicznego rozdarcia i niepokoju. Człowiek o tym wie, zdaje sobie z tego sprawę i odmawia wewnętrznej zgody, szukając czegoś, czego ta ziemia dać nie może w swoim rozdarciu. Tylko człowiek poznaje, myśli, formuje pojęcia, szuka własnych dróg, które nie są wyłącznie drogami aktualnej ziemi; odnajduje własny swój świat. Nie zstąpiliśmy z niebios, lecz jak w ten gliniany garnek w sposób całkiem oczywisty włożono coś, co jednak z gliny nie wynika. Stąd głód wiedzy i poznania, piękna i trwałego dobra, nasza poezja i muzyka tonów, brył, kształtów i barw. Ale też brak zgody na zastany świat. Utopia? Wg Platona nie-miejsce, wg Tomasza Morusa tłumaczy to pojęcie jako: dobre miejsce.

        Wszystko prześciga się wzajemnie. Ciemność chwali się, że jest ponad otchłanią. Wiatr chełpi się, że jest lepszy od wody, ogień z kolei, że ma przewagę nad wiatrem, niebo chwali się, że jest ponad ogniem, lecz jest jeszcze Ktoś ponad wszystkim. Pamiętam przed Kim stoję. Wieczorem mówię: bądź wola Twoja, rankiem szepczę: dziękuję Ci Boże, że zostałem wyprowadzony z ciemności. W porze wieczorowej znów mówię: Bądź wola Twoja Boże, abyś tak, jak dałeś mi ujrzeć słońce o wschodzie, pozwolił mi ujrzeć je o zachodzie.

        Publikuję moje przemyślenia, moje poznawanie świata przez pryzmat własnych doświadczeń. To  jakby dla porównania strzelać z łuku. Wypuszcza się strzałę, ona już leci, to nawet gdyby chciało się ją zawrócić, nie zdoła się tego uczynić, Czasem jest to też spór pomiędzy sercem a rozumem, spór nad światem, który dzieje się w milczeniu,  czasem zastanawianie się nad życiem: odtąd, dotąd, pomiędzy... Człowiek stoi na granicy pomiędzy tym, co wieczne i tym, co tymczasowe pomiędzy światem rozumu i zmysłów, zawsze i wszędzie będąc częścią obu tych światów. Radość z cierpieniem towarzyszą mi w drodze, kiedyś splotą w smutku swoje ręce. Pisał Seneka do swojego przyjaciela Lucyliusza: ...”pewne chwile są nam odbierane, jeszcze inne odejmowane po kryjomu, a jeszcze inne wymykają się nam same”.

        Ja, w horoskopie chińskim narowisty koń, rozpamiętuję w sobie słowa Włodzimierza Wysockiego z jego wiersza pt.„Konie, konie” i los mi nadany. „...Jeszcze dzień, jeszcze noc, daj mi chwile, by pomarzyć i na wichrze jeszcze stać. W chmurach dzwoni, to uśmiecha się, to znów jakby kpi...”. I zaraz dalej mnie, któremu żywiołem jest powietrze, roztrząsam sens słów Bułata Okudżawy z jego wiersza pt. „Pieśń gruzińska”, w którym wierzy że Car-Bóg grzechy mu wybaczy i do swych progów niskich zaprosi, a w wierszu pt. „Modlitwa”. dalej prosi: „...dopóki ziemia kręci się tak czy siak, daj mi jeszcze wszystkiego po trochę i mnie w swej opiece miej”.

        Chowaj mnie Panie Zielonooki na tej ziemi, by jeszcze dzielić się z tym czego się nauczyłem i czego dostąpiłem. Tobie zaufałem. W mozaice ziemskiego świata, w jego różnorodności barw i kształtów, mieści się mój własny, ludzki świat. Świat tajemnicy i cierpienia, aluzji, iluzji sugestii, ironii, milczenia, ale też świat pielgrzymki w tęsknocie za czymś innym niż czerstwe doświadczenie codzienności.

        Pozostawiam w swoich wierszach strzępy tajemnic, ledwie ślad. Czy płaczę w sobie? Czy się sobie dziwię? Dalej wspomnienia chodzą za mną i ze mną – klikające migawki, błyski flesza. „Na szachownicy uczuć”, „Pomiędzy światłem, a witrażem”, wciąż ten sam „Krzyż, który kreślę”(tytuły niektórych moich zbiorów wierszy).

        ”Życie, życie, to są chwile, tak urocze jak motyle”...., „ Kiedy patrzę hen za siebie, w tamte lata co minęły, kiedy myślę co straciłem, a co diabli wzięli. Co straciłem z własnej woli, a co przeciw sobie...” (cytaty), – znów się zamyślam.

        Kropla po kropli, w przestrzeń...Trzeba porzucić, choćby na chwilę, to patetyczne „dumanie”, więc: „ po cichu idu sobie ku miastu dla zwiadu, idu i patrzu. Na ulicach cichosza...a ja idu i idu i patrzu i widzu... Nie ma Mickiewicza i i nie ma Miłosza...nie ma Słowackiego i nie ma Tuwima... (wiersz Michała Zabłockiego wyśpiewany przez Grzegorza Turnaua).

         I jeszcze Stefan Kisielewski „Kisiel”. „Człowiek jest jak wtorek, dziś jest, jutro go nie ma. Mimo to nie trzeba rozpaczać, bo wtorek jest dniem, a dzień i wieczność sąsiadują z sobą bliżej niż rok i wieczność”.

    „Z mądrości Talmudu”, ...80 lat – droga ku odwadze... Co chcę przez to powiedzieć?  To przesłanie zawarte w tekście „River” wyśpiewane mistrzowsko przez Krystiana Ochmana.


Dziś 81. rocznica moich urodzin

                                        

  Rzadko moje myśli zawarte w formie wierszy, poetyckiej prozy czy komentarzy będą teraz zamieszczane na fb. Kiedy dzieliłem się w Wami w zapisanych zdaniach, zawsze pisałem szczerze, z duszy. Tworzyć kulturę, to tworzyć zbiór sensów, wartości i norm. Jest w tym moja osobista kultura, poziom doświadczenia, mojego porządku rozumu jak i sensu bytu samego. Kierując się estetyką zmysłów korzystałem z nieprzeliczalnej liczby ich kombinacji. W obliczu piękna tego świata wciąż staje przede mną czasem dziecięca bezradność, czasem jest to olśnienie, wiele razy zachwyt czy platońska miłość sama w sobie. Moje przekazy i tak do końca językowo są niewyrażalne. Staram się jednak być w tym oryginalny, bo każdy liczący się twórca posiada własny świat wartości. To wszystko trzeba opisać i to nie w formie relacji, a w formie przetrawionej.  Wrażliwość, to sposób bycia. Mój styl, to ukłon w stronę metafor wzmacniających wrażenia, metafora odkrywa nowe związki między zjawiskami. Ileż to razy we mnie ogień walczył z wodą? Więc za Leopoldem Staffem powtarzam: Kochać i tracić, pragnąć i żałować, padać boleśnie i znów się podnosić, by krzyczeć tęsknocie - precz!    To znów błagać, prowadź, oto jest życie: nic, a jakże dosyć...

   Zaczynam nowy etap. Szukam wewnętrznego spokoju. Coraz bardziej moja dusza skłania się ku pojęciu kwietyzmu. Będę dążyć do mistycznej kontemplacji mającej prowadzić do trwałego zjednoczenia duszy z moim Bogiem, Architektem, Harmonią, Zegarmistrzem, Panem Zielonookim, Najwyższą Prawdą. Poprzez duchową kontemplację, w milczeniu, zdaję się z ufnością na Jego wolę. Nie jestem poza Jego zasięgiem, On wysyła łaskę. I jak pisze J.W. Goethe w „cierpieniu młodego Wertera”, choć ja już jestem niemłody, „...Cofam się w siebie i tu odnajduję mój świat, co prawda, znowu raczej zawarty w przeczuciu i mglistych pragnieniach, jak i oczywistych, żywych i tętniących się kształtach...”

   My zwiedzione dzieci zamożnego Pana włóczące się po świecie. W imię czego cierpimy? Jesteśmy przecież Jego cząstką, a chleba powszedniego tu na ziemi wystarczy i dla mrówki i dla słonia. Problem chleba tu mniej ważny, ważna duchowość człowieka. Bóg jest doskonały i pełny sam w sobie. Doskonała Pełnia jest też doskonałą równowagą. Zawierzyłem, że kto przebywa w Jego towarzystwie – jest szczęśliwy. Niech moja myśl i modlitwa staje się podlewaniem nasienia kwiatu, oryginalną świadomością.

   Jak ”Mały Książę” Antoine'a de Saint-Exupery'ego poznawałem świat, by prostolinijnie zdumiewać się nad bezdusznością, czasem głupotą, bezsensownością, chęcią zysku i zaskakującymi postawami ludzi dorosłych. Więc, jeśli pisałem o życiu, o świecie, o odwadze i strachu, o ludzkiej samotności, to pisałem  z miłością, ale też z sarkazmem czasem i, z nadzieją. Powtarzalność ludzkich uczuć, na mój sposób, jest szansą, szansą na dotarcie do drugiego człowieka.

   Piszę o człowieku patrząc w głąb siebie, często nawiązując do nauki płynącej z Ewangelii. Szukam swojej RÓŻY w kropli wody. Dalej szukam odpowiedzialności w słowie, ale oswojenie przynosi ze sobą łzy. A łzy wysychają najszybciej. Moje pisanie stawało się zaprzeczeniem samotności, ale też wzajemnym wzbogacaniem. Pełnia człowieczeństwa, to narzucanie sobie pewnych obowiązków i rygorów. A sama róża? Chimeryczna, dumna, próżna, kłująca, a przecież piękna.

  Dzielenie się z Wami moim widzeniem świata, było i jest też moim dla Was szacunkiem. Z doświadczenia wiem, że twarz jest prawdą i bezbronnością, a przybierane nieszczere maski – kłamią, o czym się przekonał „Mały Książę” na planecie B-612 rozmawiając na niej z Królem, Bufonem, Pijakiem,Wężem, Lisem, Buchalterem, Latarnikiem czy Geografem. Wiele też widziałem na Ziemi. Byłem nawet na „Górze Nadziei”. Ale tam jedynie spotkałem Księdza, Prokuratora, Sędziego, Polityka, wszyscy oni jak jedna, a raczej, wielkie „Usta Augiasza”. 

  Za Stanisławem Lecem powtórzę: Nadzieja jest kochanką odważnych. Jeśli jej zaprzeczymy, zniknie cel, tym samym sens, a sens jest sprawą wiary. Można Go sobie nadać. Moja zaś twórczość była i jest moim dopełnieniem. Na ile mi będzie dane zataczać jeszcze szersze kręgi z teraźniejszości do przyszłości – On jeden tylko wie. Pozostaje prosić: Jeszcze Boże poczekaj, choć  kiedy "jeszcze" kończy swój targ z czasem, pojawia się "już". Lecz, gdzie jest strach, tam kończy się wiara..., szepcze mi do ucha mój przyjaciel - wiatr.

81. rok za mną. Słowami tesktu "Wypijmy za błędy" Jacka Cygana, a który wyśpiewał Ryszard Rynkowski,  pytam: Czego może chcieć od życia taki gość jak ja.?.. Przyszedłem, zobaczyłem, lecz czy zwyciężyłem?

 

 

 

 

Cisza potrafi krzyczeć, krzyk nie potrafi milczeć. (aforyzm)

dziś 82. rocznica moich urodzin

 

   Wodzę wzrokiem za iskrą na wietrze. Moja nieoczywistość. Obawa i ufność, niejasności i takie ludzkie niepewności, a wszystko to wynika z zastosowania pewnego dystansu do  przeżytych zdarzeń, do próby dotarcia, do wyjaśnienia, wytłumaczenia sobie chwilowych doznań poprzez ciągłą myśl. To wyciąganie ręki do świata, do jego spraw. Do kontrastów i do ciągłych kompromisów.

   Dźwięki, zapachy, barwy, kształty..., ich przeżywanie. Blaski światła rozświetlają pisarską wyobraźnię. Bo wszystko to musi się ziścić, aby móc jakoś przejść przez biblijne oko i ucho igielne.

A poezja z którą od ponad 30. lat się zajmuję, to wyjaśnienia i dociekania, modlitwa i życie, bo czy np. istnieje recepta na szczęście? Poezja wyostrza i mobilizuje zmysły i wyobraźnię. W niej powstaje mój świat na własne podobieństwo. Pisał Jarosław Iwaszkiewicz: "Czytaj mnie, to ja piszę. To coś jest we mnie".

    Zmysłami uderzam coraz częściej w klawiaturę wspomnień. Zatarte twarze ginące gdzieś w mroku, łuszczące się lakiery, odpadające tynki, blaknące zdjęcia, pianie kogutów, dźwięki dzwonów, słowa napomnień, przestrogi i pouczenia, szepty modlitw toną w czasie przeszłym. Tamten niewidzialny już świat. I te podróże dalsze i bliskie, a w nich przygodni i napotkani. Zranienia, porywy, uczucia te i tamte, ulotność chwil, gniazda czułości, potknięcia. Życie to nieprzerwana metafora, w którym gdzieś w nim tkwi pewien sens. "Czasem są to myśli o które nikt nie zapyta, ale może się zdarzy, że je Bóg pamięta" jak w którymś ze swoich wierszy pisał Marek Rymkiewicz, a może to są Boże zgłoski lecące w ciszę?

    "Jeszcze nie gaszę świateł", taki tytuł nosi jeden z moich zbiorów wierszy i poetyckiej prozy. Więc się trzymam. To męstwo bycia, które nie pozwala mi skapitulować w tym świecie skomplikowanym, a wciąż ciekawym, choć dzikim i okrutnym. Rekapitulując. Jestem jednak wciąż chodzącą kalkulacją sprzeczności, którymi zraniony jest nasz świat. Świat nieludzki, bo są w nim uczucia coraz częściej skazywane na klęskę. Lecz są w nim i chwile szczęścia niezwykle cenne. Cenne, bo szybko przemijają, więc wolę je nie wyliczać. Ten świat dalej pozostanie światem cierpienia i miłości, rozpaczy i nadziei, będzie światem ludzi czujących i myślących nad którym rozpościera się obietnica raju, bo dobru musi towarzyszyć piękno. Tak jest, bo każdy widzi świat według swego odczucia. I każdy widzi prawidłowo – tak wiele jest w nim znaczeń.  (To święty Jan od Krzyża). Oto ten nasz świat. Okrągły, ale przy tym taki śliski.

     Jestem w podróży, która nie składa się z poszukiwania nowych pejzaży, ale z obserwacji nowymi oczami, choć to już nie te oczy. Nie boję się tego, co w formie słów podyktował mi rozum. Boję się tego, co za nimi stoi. Barwy życia są jak liście drzew. Zieleń jeszcze rozpala zmysły, czerwień, to już dojrzałość emocji, żółć niczym złoto chciałaby spełnić jeszcze jedno i jeszcze jedno marzenie, bo nigdy nie czuję, że za późno na miłość jesienną. Przeczytane czyjeś słowa tworzące zdania nie omijam, czasem nawet przed nimi klęknę nabożnie. Pauza, średnik, przecinek, to grzecznościowe znaki przystankowe, gdy kropka może pozostać wiecznością.

      Z tego świata wiele odeszło moich znajomych i przyjaciół. Mało pozostało. Zostało tyle, co gałązek na znajomej wierzbie. Znów wrócę do słów Marka Rymkiewicza: "Ktoś knot utarł, albo świecznik zdmuchnął nagle i, odszedł w jaśminach, w liliach, w przebiśniegach..."

      My tu jeszcze trwający, niezależni, osamotnieliśmy i z godnością targujemy się z Bogiem o odrobinę zrozumienia, o przyzwoity kąt.

     Wiosna, lato, jesień... Może znów będą mi spadać kolejne jabłka do nóg. Jak na razie każde życie, to przelotny ptak. W moim waterniku godnie pali się ogień.

 

Za mną 83. rocznica Urodzin                                                  

 

                           Dalsza kontynuacja mojego "curriculum vitae" począwszy od 2022 r.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                            

 Człowiek - fascynująca istota. Ale jakim jest ten skomplikowany człowiek? Z pewnością jest chemiczną fabryką, złożoną maszyną, elektrownią, urządzeniem klimatyzacyjnym, oczyszczalnią ścieków, komputerem, w którym rezyduje w różnym stopniu nienawiść i miłość". Człowiek jest Sztuką, a sztuka jest jak drzewo okryte owocami pisał Wł. Tetmajer. I jeszcze człowiecze -słowo -, oczarowanie i pociąganie, lub - zagubienie i pomyłka. Myśl i język są dla artysty narzędziami sztuki..." Nadto mózg, miliardy komórek nerwowych i serce - wielka pięść utrzymująca to dzieło w ruchu, te 100 bilionów mikroskopijnych detali idealnie do siebie dopasowanych. Człowiek wyczarowany z Twórcy dłoni, choć nie zawsze nakłaniający siebie, w swoim życiu, by słuchać. Człowiek, samoistnienie i samokontrola, a może i: z jakim się zadajesz, takim się stajesz?  Pisał Oscar Wilde w swej przedmowie do arcydzieła literatury światowej, w "PORTRECIE DORIANA GRAYA"."...Wybrani są ci, dla których piękno posiada kulturę,...Myśl i język są dla artysty narzędziami sztuki...".

 Podpowiada mi to mój wewnętrzny głos, że Stwórca zna przeszłość i przyszłość, która dla mnie jest niewidzialna. Lecz jeśli jestem jaki jestem, a tego nie zawsze chcę, wystarczy krok, by Jego ramię czuwało nade mną, kierowało mnie w Jego stronę. Mnie - tchnienie, mnie cień, który jeszcze rzucam, lecz minie, kiedy zniknie Twoje światło, zniknę ja, cygan Wszechświata, błędny rycerz, produkt ewolucyjnego DNA.

 Na razie moje ciało coraz bardziej czuje się zmęczone, jednak ręka jeszcze rzeżbi podpowiadane słowa, układa z nich mozaikę z której dopatrzyć się można, że czuję się szczęśliwy z każdym kolejnym zmartwychwstaniem traw. A jednak coraz częściej samotność pręży grzbiet, bo pod tym samym słońcem odchodzą Oni..., gubią się dawne Ich słowa i myślenie.

  Myśl o tym, przemyśl, zrozum..., a nawet wątp. Po takiej wiedzy jakie przebaczenie?

  Tyle progów i korytarzy wzdłuż i wszerz.... Lecz nie będę już strzelać z armat, skoro nadchodzi czas wpłynięcia do macierzystego portu. Tymczasem jeszcze w polu młody źrebak skacze, jakaż ona powabna w oranżowej sukience. Chciałoby się więcej i więcej, serce kuje resztę życia i się smuci.

 Czy wszystko co poczęte - święte? Dzień codzienny toczy się po zboczu. Tymczasem z naręczem kolorów minęła wiosna 2025, ale nie ma już takiego uroku, gdy oczy bliżej mroku, choć wciąż mnie ciągnie ciekawość bezdroży. Od pewnego czasu liść tułaczy pośród ostów był niezasłużenie kaleczony, zdarza się, że człowiek zostaje uwikłany w absurdalną sytuację, która go osaczyła. Trudno to zrozumieć, pisał Franc Kafka. To swego rodzaju "PROCES". Tymczasem wiatr niesie z dala szmer płynącej po kamieniach wody, szepty radzących się liści, zapachy kwiatów, ich pachniejący oddech, a ja setymentalnie szukam wciąż siebie w gałęziach mojego zodiakalnego jesionu.

  Od czasu do czasu powracam do 26..zbioru, mojego autorstwa, wierszy i poetyckiej prozy pt.: DRZEWA SĄ JAK LUDZIE. W nim spisana jest dalsza cząstka mnie.

 

 

 

Tak zareagował na powyższe moje "Credo", które  jak widać dalej kontynuuję, jeden z moich ulubionych i cenionych poetów.

 

Skrzydlaty świat poezji – Guido Haromszeki

Wybitny tekst poety, prozaika Józefa Janczewskiego

datowany na 25.05.2023 r. to przesłanie ponadczasowe

dla wszystkich, którzy wątpią w potęgę poetyckiego przekazu

(mistrzostwa słowa).

Nie należy traktować tego tekstu jako testamentu dla potomnych,

ale jako list zamknięty w szklanej butli czasu dryfującej

po oceanach świadomości z zawartością nieśmiertelnej prawdy o sztuce pisania.

Wyrzucona na każdy brzeg pustosłowia przez wzburzoną arogancją falę

będzie zaczynem zielonego namorzynowego lasu pełnego kolorowych

śpiewających ptaków.

Rozważania poety Józefa Janczewskiego były dla mnie inspiracją

do napisania niniejszego wiersza.

DROGA

Józefowi Janczewskiemu

Wyobraź sobie, że ta piękna droga

Piaszczysta, kręta i pełna wybojów,

Pośród lip starych i kolczastych głogów –

To trakt poety w twórczym niepokoju.

***

Dlaczego droga z nostalgiczną pustką

Jest wysadzana dźwięczną metaforą

I nawet wtedy, kiedy kwiaty uschną

To wszystko wokół pachnie alegorią...?

***

Tu znajdziesz spokój za sobą, przed sobą

Zachwyt nad światem, gdy czas już nie goni,

Kwietyzmu guzik z szaty woli bożej

I na podkowie półksiężyca promień...

02.07.2023 rok

napisał Guido Haromszeki

 

Józefie Twoje pojmowanie roli poezji w życiu i literaturze jest bardzo głębokie i wprost niezwykłe. Swoją wrażliwością przedstawiasz świat poezji w metafizycznym świetle. Pisząc np." Może i moje wiersze czy poetycka proza znacznie częściej bywają włóczęgą, metaforą zbieraną na polnych drogach, wiejskich gościńcach, na błękitnych traktach..." piszesz o niezwykłej tęsknocie człowieka za czymś nieuchwytnym, a jednocześnie pięknym, dalekim od brutalności i materializmu współczesnego świata. Podziwiam Cię za to wszystko co opisałeś z okazji swoich osiemdziesiątych urodzin idąc śladami umarłych poetów, pisarzy i filozofów, trzeba zrozumieć, że świat przez nich stworzony i opisany to niepowtarzalny dorobek ludzkości. Swoją twórczością masz i Ty w tym świecie nieśmiertelną cegiełkę. Dziękuję Guido Haromszeki

Guido Haromszeki

Autor

Józef Janczewski Józefie ja po prostu napisałem prawdę. Poezja to nie jest zabawa dla rozkapryszonych dzieciaków ale ciężki i zarazem pachnący złotym sierpniem chleb. Jest taki monolog w filmie "Baza ludzi umarłych" na podstawie Marka Hłaski "...on naprawdę rozumiał pokera...". Ty naprawdę rozumiesz poezję i chwała Ci za to.

 

 

 

 

Moje 84. Urodziny 

 

Wierzę, że nie jest On tylko robaka

Bogiem i tego stworzenia, co pełno.

On lubi lot olbrzymich ptaków

i rozhukanych koni On nie kiełza.

                         Julian Słowacki (Beniowski V)

 

   Edward Stachura w "Piosence nad piosenkami" śpiewa: "Jak to powiedzieć, jak to powiedzieć dumnie i biednie. Szedłem przed siebie dumnie i biednie w piekle i niebie szedłem przed siebie.. Jak puch jak proch, to wzwyż, to w dół, to w górę znów, a z góry w dół, a z dołu w dół i znów do góry do chmur, do chmur dumnie i biednie... 

 

  Pisałem już wcześniej, że dusza moja skłania się ku kwietyzmowi. Tęsknota za Bogiem staje się głodem, choć przecież jestem syty, ale brakuje mi jakiejś klamry spajającej moje chwile. Koniec i początek, może wcześniej czy później nastąpi wewnętrzny bilans zysków i strat. Popełnione błędy są dla mnie drogami do prawdy. Do tej mądrości dochodzę przez jakieś cierpienie i smutek, ale jest  i odwaga. bo idę w przyszłość, ku punktowi zwrotnemu, choć czasem ciężkim żelazkiem prasowałeś, Panie, moje życie. 

  Wiem, że krok za krokiem zbliżam się ku innej przyszłości tam, gdzie stanę się wolny od drogi którą kroczę. Jeszcze gram swoją rolę, lecz w niej nigdy nie sprzedawałem dymu, Uczciwość w większości zbierała pochwały, ale częściej umierała z zimna. Jeszcze jestem tu na Ziemi siłą twórczą na miarę moich możliwości, jeszcze uczestniczę w wiecznym procesie rodzeniu się aż do tajemnicy śmierci, lecz już proszę o zwiększenie Twego światła, bym mógł z wielocieni wydobyć prawdziwego siebie. Charaktkter mój jest moim przeznaczeniem, moje indywidualne DNA tworzy całą książkę - kompletną informację o sobie, którą Ty rozpocząłeś, ja zaś dopisuję do niej dalsze rozdziały, wolny, slowami i czynami jeszcze opisuję otaczający mnie prywatny mój świat. Natura moja nie jest czymś na kształt walca, stożka czy kuli, jakiś manifestem XX wieku, to dowód zmagania się z siłami Natury, która nie tylko jest cichym źródłem, rosnącym drzewem czy  rozkwitającymi hieroglifami kwiatów. To z niej wychodzisz mi naprzeciw pięknem i ciepłem, ja zaś chylę się do Twojego dostojeństwa.

 Wierzę w to, że wezwiesz mnie Panie ku swojej światłości. Na Ziemi pozostawię maski, słowniki, przykazania, lecz nie honorowo byłoby ze sobą nie zabrać tarczy.                                              

                                                     

                                                  

 

 

 

Na płycie krakowskiego rynku

 

Ja, nieposłusznie pokorny

jeszcze pełen krwi swojej,

pewny, niepewny kolejnego jutra i

bibelotów tutejszego świata

jestem wyspą na której

wszystkiego nie wyjaśniono,

cząstką nieobjętego Kosmosu,

gdzie czasami i jeden przecinek

decyduje o życiu, a "nie",

mieści się we wszystkim.

Czy księga mojego życia zatrzyma się

 na 89. stronie? Kto wie? Tymczasem 

 Hejnał Mariacki umilkł w pół słowa.

 

W przestrzeni ciepłem dzierganej

dookoła mnie faluje woal mgły.

Gołębie, posłańcy nieba śledzą mój

każdy najmniejszy ruch.

 

Patrzę przed siebie z perspektywy mrówki.

 

 

Bóg plącze poplątanie z rozumem

 


Kiedy nakładał jej na palec obrączkę

z drobnych wiosennych listków,

liście drżały pół na pół, ćwierć na ćwierć,

wokół łasiło się życie.

Tymczasem ona przy szklankach piwa

przegrywała z nimi ufające serce, więc

tropił tęsknotę po własnych śladach,

po brzuch wpadał w sidła, bo

diabeł skradał mu duszę.

Została sadzy garstka,

 

Jeszcze w popiele żarzy się płomyk.

Chatka na kurzej łapce

gubi się w zmarszczkach.

Niech modli się za niego modrzew i leszczyna.

Gdzie z deszczu kałuża, znów wyrośnie stokrotka.


 

 


(brachykolon)

LOS

 

Był czas, że chciał. Tak, ale

na co, za co, po co

ta sól i krew, ten szyk,

lot, gra, głos, los i cień?

 

Rzekł: wstań i idź, tam gdzie

noc i  dzień, nów, strach, grzech,

krach, zgrzyt, rytm, coś i nic,

ból, stuk, płacz, śmiech, dni tryb.

 

Jak koń i wilk, dzik, orzeł,

pies, kruk, rtęć, wiatr - mój styl.

Elf, faun i, krzyż - mój Bóg.

Czy ulżysz mi bicz za dług?

 

Czy żal? Jest styl. To ja...

Znów rok. Sześć, pięć, trzy, dwa.

Stuk puk, stuk puk...Gdzie? Skąd?

Tam idę, gdzie dasz mi kąt.

 

 

 

Ukraina - Losy wojny

Czemu płaczą twoje wielkie oczy,

co ci szepcze wierne serce psie.

Wiesz już czego ona jeszcze nie wie,

że twój pan do grobu się wtoczył.

 

Jutro mały synek za tatą zapłacze,

w bezradności żona załamie dłonie.

Już kirem żałoby pusty pokój wionie,

nie wytrzyma tego nawet serce sobacze.

 

 

***

 

Przyszła straszliwa wśród łun pożarowych,

w głośnym warkocie i ryku silników,

w tysiącach rozgłośnych wybuchach bombowych

pośród  gruzów, dymów i żałosnych krzyków.

 

I wtedy? Wtedy i tu przyszła nieszczęsna chwila,

gdy się rozłączyć nam potrzeba było,

gdy świat i pogoda stała się szara, niemiła,

gdy nam się duszą serce rozkrwawiło.

 

Lecz już się stało, widać było tak trzeba,

trzeba wytrzymać chociaż serce boli.

Bądź wola Twoja... Lecz o wielkie nieba!

Pókiż tego płaczu, krzywdy i niewoli?

 

Zostały nam twardy upór, modlitwa, nadzieja.

Cóż, że próżne smutki i próżna zgryzota?

Na tym świecie ciągle szaleje zawieja,

szczęście nam ucieka, zostaje tęsknota.

 

Lód z chrzęstem pod nogami się kruszy,

rakiety i drony orzą niebo z rykiem.

Jęczy ukraińska ziemia, tak smutno na duszy,

tu rozpacz pomieszana ze łzami i z krzykiem.

 

 

Ty odchodzisz jak noc majowa

 

(inspirowane wierszem Bolesława Leśmiana

pt. „Ty przychodzisz jak noc majowa")

 

Ty odchodzisz jak noc majowa...

Gaśniesz mi w oczach jak żar ogniska...

Pachną jaśminy, Tobie opada głowa...

Dlaczego odchodzi osoba tak bliska?

Nie obiecałem Ci wiele, lecz byłem przy Tobie

w zimowe dni, jesienią i latem...

Na dobre i złe. Dziś stoję przy Twoim grobie...

Jestem pośrodku maja tego świata tłem.

 

Jak wiatr...

Jak w podeszwie dziura...

Jak samotne drzewo...

Jak płacząca chmura...

 

W hiobowym skupieniu,

u stóp grobowca, w jego cieniu,

przyrzekam - kochana:

Jutro przyjdę do Ciebie z samego rana, by

przynieść Ci bukiecik bzu.

 

 

***

  Pozostawiam drugim roztrząsanie definicji pomiędzy pojęciami: siłą a mocą. Ale dzisiaj w 45. rocznicę śmierci mojego Ojca, zastanawiam się głośno czy bardziej był On silny, czy bardziej mocny. Lecz jeśli zapisana jest wczesna śmierć, nic nie stanie na jej przeszkodzie. A był niezwykle silnym człowiekiem tak pod względem siły fizycznej jak i siły ducha. On to popisywał się nie tylko przede mną rozginaniem pogubionych przez koni schodzonych już podków. On bez niczyjej pomocy niósł najcięższą chorągiew kościele podczas procesji bez skórzanego nosidła na pas i plecy, gdy inni korzystali z tego pasa,  Bo aby umieścić drzewce chorągwi w gnieździe tego nosidła, trzeba było pomocy dwóch innych mężczyzn. On nie potrzebował. Daleko Mu do Augusta II Mocnego, cara Piotra I,  Stanisława Ciołka, rycerza Kazimierza Wielkiego czy chociażby Zbyszka Cyganiewicza znanego na świecie polskiego zapaśnika. Mój Ojciec znany szeroko w tym zawodzie zegarmistrz, a zarazem złotnik, potrafił z zręcznie wykonywać złotą biżuterię, naprawiać przedwojenne drogie zegarki oprawne w złoto, srebro, czasem wysadzane szlachetnymi kamieniami, ratować uszkodzone antyczne mechanizmy, też wskrzeszać zegary kościelne. Był też miejscowym tłumaczem z kilku języków obcych. Tym samym między innymi pomagał  miejscowej Milicji i miejscowym historykom  z U.J w tłumaczeniu  z j. niemieckiego czy rumuńskiego. Do Wieliczki, miastu z Kopalnią Soli znaną na/w całym świecie, zjeżdżało się wielu turystów i różne zdarzały się tu losowe przypadki.

  Niestety, wrodzona wada serca dała znać o sobie, nie doczekał się wypracowanej przez siebie emerytury. Różnie bywało, ale nauczył mnie swego zawodu z uzyskaniem dyplomem, który też wykonywałem przez 3 lata, choć moje ukierunkowanie zawodowe kroczyło inną drogą. Nauczył mnie na swój sposób szacunku dla ludzi, dla własnej pracy, do Państwa, które jest moją Ojczyzną i, szacunku dla tradycji oraz dla Boga. Dziś patrząc na co dzieje się wokół mnie, czuję się zażenowany, jakby pogubiony w swej bezsile, bezradny, ja, który tak wiele dałem z siebie w wielu czynach społecznych, działając w różnych organizacjach za frico kosztem własnego czasu i zdrowia. Ale jedno wiem, co włożyli moi Rodzice za młodu do mojej walizki, dzisiaj z tej zawartości korzystam.

  Na rodzinnym grobowcu, zawsze przykładam ciepło moich dłoni do Ich twarzy.

 

 

·

Z okna mojego kokonu

 

Jeszcze rozcieńczone w mgle

świeciły płytkie światła ulicznych lamp,

złe wiadomości przykucnęły obok

telefonicznych słupów

i czekały na swą kolejność.

Tymczasem po korytarzach mojego przytułku

krążą pocztowe gołębie wierszy

W teatrze jednego widza

odbywa się szczególny spektakl, bo

ptasi przybysz śpiewa jak z nut.

Nagle reflektor słońca

rozczepił promienie, a każdy

ma wyjątkowe imię.

 

Błękitną emalią dnia

promieniała krawędź widnokręgu.

 

 

Miasto moje - Kraków

 


Można w nim kupić kolorową bajkę,

zasiąść obok brzegu kielicha wina,

liczyć pieszych na przejściach -

tylu ich, ile kostek w chodnikach.

 

Codziennie miasto nabiera nowych znaczeń,

wystawia nam rachunek sumienia, gdy

ciągnie wspólny oddechu dyszel.

 

Ktoś ulicą ceruje Stare Miasto,

rozmienia kolorowe banknoty na drobne.

Tylu tu w nim Bogu ducha winnych.

 

Na Mariackim Kościele zegar tyka...

Już mgła spływa delikatną akwarelą.

Gotyckie wieże wtapiają się w mrok.

Krok za krokiem odchodzę w siną dal.


 

 

 

Do Echa, córki Eteru i Gai

 


Oddalające się echa w jedno się łączące,

w tajemnej jedności silne własną mocą

niosą z sobą  ludzkie odczucia gorące,

prośby, odgłosy wojen i dniem, i nocą.

 

W nich słowa miłości, też wielkie niepokoje,

trud codzienności, wilgotne westchnienia.

Łączą, zderzają się tego świata znoje...

Melodia na cztery głosy bez żalu cienia.

 

Powracają wciąż jąkając się ostatnie sylaby,

wiatr niesie głoski twórczym swym tchnieniem.

Ten, który z nadzieją pytał: Czy kocha go aby?,

Usłyszał: ...ha, ha, ha...Miłości tej okaleczenie.


 

 

***(z obserwacji)

 

 Szli odlegli od siebie piaszczystą drogą, tarnina i głóg. Przez sito przeciekało ich życie i miłość bólem rzeźbiona. Chciał być jedyną pieczęcią na jej sercu, tęsknotą, która pnie się do celu, lecz była jak rtęć - Zamknij dłoń, a wymknie się między palcami. Wiatr gdzieś tam Dniestrowi rozplatał warkocze, a on biegł gdzie pola i wiatr, ku nieskończoności nieba. Obiecywała: Na powierniku Księżycu o umówionej porze spotykać się będą ich oczy, lecz szukaj wiatru w polu, tylko jej postać była ciągłą smugą światła i zataczały się żalem powracające kręgi oddalenia. W kroplach krwi rósł milcząco głóg z tajemnicą, która była tylko jego i leżała obok pod kamieniem jak sekret, niczym sekret "Pielgrzyma" Paula Coelho.

  I tylko smutek niósł listonosz wiatr, i tylko chłód wbijał mu gwoździe w dłonie.

 

 

Gdzie Wernyhora roztrząsał Jej losy.

 

Tętni puls przyrody. Czuję dotyk słonecznych  promieni.

Pośrodku krużganków spławik mojego serca drga

w nieustannym przemijaniu, tymczasem

w dziupli ruda wiewiórka gromadzi zapasy,

dzika grusza chowa się za perukami drzew

zwiewnych, uczciwych i zalotnych.

 

Święty Józefie, fachowcu i patronie mój.

Wiem, że za darmo niczego nie dostanę, chyba

tylko kolejny zachód słońca, może jeszcze

jedno tchnienie róży z rozgrzanego ogrodu.

.

Wracam do Ciebie miasto z tarczą,

do ciężkiego oddechu miasta, do

170. seledynowych kopuł.

 

Jak na razie jak pięknie brzmi cisza.

 

 

O podzielonym waśniami polskim narodzie

 

Ty uparty ośle,

co od wczoraj - panie pośle,

czemu tak przeciągle rżysz?

Czyż -

nie wbiegasz w gąszcz, w zarośla,

prawie że na oślep

choć na plecach krzyż?

Zabierz z sobą swoje wiosła,

już nie chcemy osła,

mamy kandydata

też naszego brata,

właśnie idzie zebra rosła,

w pełni nam zastąpi osła.

 

Zebra prawi - róbmy rząd,

trzeba skubać gdzie się da.

Ale jak? Ale gdzie?- Ryczy Jeleń.

Będzie kram - Chudy w ręku

kartkę miele, klaszcze pyszczkiem

gruba Ryba w Belki sęk.

Tu jest sęk, trzeba wyciąć,

przyciąć żywy jeszcze róży pęk.

Poseł Maria, na rozdrożu,

pływa w czarnym morzu spraw.

 

Dzięcioł puknął w drzewa czoło,

spojrzał z góry dookoła 

i wystukał argumenty:

Po co paski, nośmy szelki,

pas miał racje za Sasa króla.

Zbierać pasy? Zdzierać pasy!

naród nie powinien hulać!

Konia z rzędem wart ten rząd.

 

Siwy Gołąb patrzył, słuchał

potem uniósł się i wygruchał.

Ja odchodzę stąd proszę waszej

dorosłości. Wszystkie nasze

dzienne sprawy pełne są obawy,

był tu osioł teraz zebra

co uczenie nam tu prawi,

że na zebrach  można zemrzeć. 

Święta racja panie-dzieju! Lecz tu

pusta kasa, nie ma pracy, więc

rodacy pójdą żebrać.

 

Wiecheć, badyl, wiązka słomy

na sejmowy obrad ogień,

wydrwikije, oszołomy,

posła ośli głuchy pień.

Paragrafy, autografy,

grafy bawią się w szczegóły,

same gafy, same gafy,

lecą drzazgi z preambuły.

 

A Sarmata tęgi łeb,

gdy zabraknie mu na chleb

będzie głodny, będzie zły,

znów wyszczerzy zębów kły.

 

Już pod wozem pusty wór

dął nam Bolko w Złoty Róg.

Hycel, Osioł, Zebra wróg,

dają nam do ręki sznur.

 

Patrzcie idzie Wernyhora,

zmora wizji budzi lęk.

Jeszcze pora, jeszcze pora,

jeszcze w sęku róży pęk.

 

 

Na straży domku z kart

 

Moja samotność chyli się nad wierszem.

Dziś podkowy już nie znajdę, może

jedynie nadzieję zszywaną igłami z sosen.

 

Gdzie dawnych topoli gotyk, wierna rzeka,

Przylądek Dobrej Nadziei?

Z rezygnacją kiwają głowami

przejrzałe róże, a dzikie wino uparcie

pnie się po ścianach ku jesieni.

 

Idzie miłość bezdrożem, często przystaje.

Trwać będzie póki wiatr i

siedem obręczy tęczy.

 

Liść jesionu mocno trzyma się gałęzi tam,

gdzie konik polny zgubił swoją podkowę.

Targane wiatrem więdną chryzantemy,

stukają koła lat w takt mojego serca rytm.

 

W wierszu szukam piątej strony świata.

 

 

 

 

 

I poszli w odwrotne strony.

 

Staw się marszczył, trzcina drżała prawie,

szelest ich czterech nóg odbijał się w trawie.

Słońce jakby wyniośle patrząc na nich z góry

z wielką wprawą złociło wokoło kolory natury.

I gdy drzewa mijane ciekawie wyciągały szyje

szukała dziury w całym. Wisły nie zawrócisz kijem.

Wiatr porywał jej słowa, nie było w nich urody,

bo  jej "strzyżone", wbrew, deptało reguły zgody.

 

I dzień się rozsierdził wśród bławatów, kąkoli,

jej kłamstwa, sznur korali, ona w pierwszej roli...

Pozostaną tej ziemi słowa, oswojone ich cienie,

jeszcze jedno spojrzenie, jedno oczu mgnienie.

 

I w drodze przestała boleć najbliższa, oddalona,

.................................................................... Ona.

 

Nogi i przysłowia

 

Rozpamiętując zagadkę Sfinksa:

Kto rano chodzi na czterech nogach,

w południe na dwóch,

a wieczorem na trzech nogach,

użyczyłem chwilową folgę swoim nogom i

usiadłem w pasażu pewnej galerii.

 

Na wysokości moich oczu mijają mnie

nogi, nogi, nogi. cudze nogi, nogi jak

szalone, roztańczone...

Maxi..., midi...mini... Tamtej nogi,

to wyjątek.

 

Czasem biegną myśli szybciej niż nogi.

Oto ten co spadł na cztery nogi, tamtej nogi

niosą głowę w chmurach, obok

wlecze się noga za nogą, jak kula u nogi.

 

Kiedy patrzę i patrzę, przewija się

przed moimi oczami jakby cały

świat. Czy aby do góry nogami?

 

O! tej upaść do nóg, tamtemu nogi niosą

głowę wysoko. Komórki łykają plotki,

prawie każde nogi niosą ciężar świata.

 

A długie języki mają krótkie nogi,

ów chyba wstał lewą nogą,

taka baba w progi, cisza w nogi.

 

No więc? Co myśleć? Wiem, wiem:

Życie jest jak nogi, nieważne -

długie czy krótkie, byleby godne.

Czasem lepiej potknąć się nogą niż

językiem, bo kłamstwo ma krótkie nogi.

 

A że baran ma rogi, a zając nogi(skoki),

biorę nogi za pas, bo choć

ręka rękę myje, noga nogę, już

pasikonikowi aż nadto

przyglądania się owadom

o długich nogach.

 

 

***

 

Przycupnęła u stóp ruchliwej ulicy

stara kobieta ukrzyżowana krzyżem,

z niepewnością w oczach prosi o łaskę.

 

Miasto przetarło już oczy, pulsuje.

Codzienność, kłopoty, biznes, mijają sie,

pędzą przed siebie z przepaską na oczach.

 

On jeden przystanął obok. Zamyślił się. Zawrócił.

Po chwili niesie jej kolorowy bukiet kwiatów.

 

Opadła starość jak kolorowy serdak.

Zmętniałe oczy zaszkliły się dziewczęco.

 

 

    Długość ludzkiego życia to mgnienie oka w wymiarze Wszechświata. Poszczególny los człowieka jest ciągłą zagadką, jego dusza to wir. Jesteśmy obywatelami tego świata i choć nie do końca była możliwość odegrania swoich pięciu aktów, już trzy tworzyły sztukę. A skoro los tak chce, odejdź łagodnie zgodnie z kierunkiem swej natury, wtedy być może, dla ciebie będzie łagodnym ten, kto cię od tego życia zwolnił.

    Tak więc napij się na drogę jaką wybrałeś za życia, falernu, tego niezwykłego wina z Kampanii, bowiem uwolniona dusza twojego punkciku na Ziemi, na zawsze pozostanie jego cieniem. Dziś, lub jutro porzucisz teatr, porzucisz go nie mając na to wpływu, porzucisz w popłochu lub pogubisz maski, które za życia były twoimi rekwizytami, a z których korzystałeś przy zamkniętych lub otwartych drzwiach.. tymczasem zegar uparcie następnym klepie "godzinki".

 

    Na początku był chaos. Z chaosu powstała Gaja - Ziemia i Eros - Miłość. Od nich zaczęło się życie bogów, herosów i tytanów. Ile pradawnych kultur, tyle różnych podań i wierzeń, choć w pewnym miejscu ich drogi stają się styczne i zauważyć można pewne podobieństwa. Ewangelia wg św. Jana zaczyna się od słów: Na początku było słowo, a słowo było u Boga, a Bogiem było słowo... Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało..., w nim było życie, a życie było światłością ludzi. Pośród wielu innych słów rodziły się słowa i gesty, doznania, przeżycia i wrażenia określające uczucia i miłość odmieniane we wszystkich przypadkach. Słowa - zespół dźwięków ludzkiej mowy, gra słów, w których otwierają się człowiecze okna, z których wyziera intuicja, wizja, kontemplacja, wyobraźnia, często pokrętność... Umiejętność opanowania słowa to już poezja, jednak zaczyna się dopiero w tym ściśle określonym momencie, kiedy nie słowa jako tako mówią, ale kiedy słowa otworzą przed duszą nieskończone przestrzenie - przestrzenie spraw i rzeczy żadnym słowem ludzkim niewypowiedziane.

    Deus artifex stworzył mężczyznę i kobietę. Jakież to przewrotne, że liczba sześć symbolizuje niedoskonałość, grzech, pokusę (zmysły i wolę). Jest też wewnętrzna sprzeczność, która tkwi w łacińskim wyrazie - femina.  Cząstka fe znaczy tyle, co "wiara", cząstka "mina" - tyle, co "mniej".Kto

ośmielił się nazwać kobietę płcią o słabej wierze, skoro życie kobiety zbudowane jest z nadziei i oczekiwania?

    Pierwszy list św. Pawła do Koryntian zaczyna się od słów: Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jako miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący..., a święty Augustyn pisał: Miłość to siła  uniwersalna, miłość jest życzliwością, sprawia, że wszystko i tak zdąża do Boga, bowiem miłość wprawia w ruch Słońce i ciała niebieskie. Zdanie zamykające Boską Komedię Dantego czyni miłość siłą kosmiczną, dzięki której Bóg stwarza i utrzymuje świat, a człowiek kochający, jako dzieło Boże, zmierza nieuchronnie ku swojemu Stwórcy.

    Miłość oznacza wrażliwość na życie, na osoby, na przedmioty i na każdego bez wykluczania kogokolwiek. Ludzie poszukują miłości, gdyż każdy jest przekonany, że tylko miłość nadaje sens życiu i tylko ona może zbawić świat i tylko ona sprawia, że życie ma jakąkolwiek wartość. Miłość, to zobaczyć drugiego, to zdobywanie i pokonywanie, to obustronne przymierze, bo miłość, to wrażliwość na każdą cząstkę rzeczywistości w tobie i w tobie i na zewnątrz, i z głębi serca płynąca ku tobie rzeczywistość, bowiem miłość bywa czarodziejem. Ale kto sobie wyobraża, że wszystkie owoce dojrzewają w tym samym czasie co poziomki, nic nie wie o winogronach.

    Czy miłość jest sztuką? A jeżeli tak, to wymaga wiedzy i wysiłku. A może miłość jest przyjemnym uczuciem, którego zaznanie jest sprawą przypadku, czymś, co się zdarza jeśli człowiek ma szczęście?

Oto rozważania Ericha Fromma z jego książki O sztuce miłości. Wtedy dojrzewa uczucie, wstydliwie ukrywa się i kiełkuje pod podszewką ukrytych myśli. Mówione słowa ulatują i przepadają osierocone, bezpańskie, zaś słowa pisane mogą stanowić dowód. Stąd też ten zbiór wierszy pt. Z księgi uczuć, które często powstawały z wielkiego zauroczenia i przywiązania do wybranej, z obserwacji  współbraci, z namiętności, z tęsknoty, z nagłej śmierci czy zdrady, są np wynikiem bezsilności czy osamotnienia. Jest też w nich namiastka hedonizmu(rozkoszy), ale też kierują się one w pewnych przypadkach zdrowym rozsądkiem, uniknięciem przykrości jako najwyższe i jedyne dobro.

    Autor między innymi "Rozmowy o wielości światów, Fontanelle,  w Rozmowie umarłych pisał:

Miłość zaś jest stosunkiem tak przyjemnym, że dobrze się stało, że ludzie starają się przedłużać go, o ile możności. Cóż by było, gdyby każdy ofiarowując się, był zaraz przyjęty? Cóż by się stało ze wszystkimi staraniami, aby się podobać. Z niepokojem, który odczuwamy wyrzucając sobie, że nie podobaliśmy się dostatecznie, z z gorliwości i przykrości, która zwie się miłością? Byłoby największą niedorzecznością, gdyby od razu kochano się wzajemnie.

    Ubi sunt? Wczorajsza róż już tylko istnieje z imienia. Po miłości i po urodzie. Pozostaje tylko szelest pustych słów, zapisane stronice. Pozostaje tam, za horyzontem, tęsknot pól, czarno-biała widokówka z czułem słowem, snują się jesienne mgły, stoi pochylony wiekiem krzyż. Wystarczy się wsłuchać w opowieść starej sosny i w cienie, które snują snują o ludziach niekończące się opowieści, ciągle jednak obawiając się swojej niedyskrecji. my zaś w sobie ze smutkiem szukamy siebie.

    Drogi Czytelniku. Kiedy już dotrwasz do ostatniej stronicy tego zbioru wierszy, zgaś lampę i zamknij książkę jak pisał Zbigniew Herbert w wierszu poświęconemu Markowi Aureliuszowi., bo...już nad głową srebrne larum gwiazd.... Poddaj się " dźwigaczom sensu" jakim stają się zastosowane przeze mnie w wierszach metafory. Dzięki nim znaczenia pozostają w ruchu, zaskakują, zapewniają naddatek treści. Metafora, jak pisze Monika Bednarczyk w Zeszycie Naukowym nr 4/20/12 Towarzystwa Doktorantów Uniwersytetu Jagiellońskiego,...staje się centrum,, od którego rozchodzą się kolejne kręgi sensu pozostając jednak w konkretnym polu semantycznym, bowiem każde, nawet najbardziej peryferyjne omówienie, łączy się z sednem rzeczy.

    Tak więc zadumaj się Czytelniku nad barwami miłości przekazanej w tym zbiorze na różny sposób. Zadumaj się nad barwami miłości. czyż nie przeżywamy tych samych wzlotów i upadków, radości i uniesień. Czasem choroby duszy? Czyż nie jesteśmy wszyscy ulepieni z tego samego prochu i z tej samej gliny? Iwan Turgieniew w Utworach starczych  zawarł taką myśl: Użaliłeś się na d moim bólem i ja się użaliłem współczując nad twoim żalem. Ale przecież użaliłeś się nad swoim bólem, tylko że ujrzałeś ten ból we mnie. Czy koniecznie tylko żal i ból. Ależ nie, jest i fascynacja i uczucie i co ludzkie nie jest mi obce. Po drugiej stronie lustra przecież czasem czeka szczęście, trzeba tylko po nie sięgnąć. Z drugiej  jednak strony, jak pisał Horacy: Jeśli chcesz bym płakał, musisz najpierw cierpieć.

Kraków, dn. 6.12.2025 r.